— Siadaj pan i pisz, co pan ciągle tylko snuje jakieś pomysły, chodźmy lepiej pograć trochę, bo dzień dzisiaj mętny.
Pan De jakby tylko czekał na tę propozycję. Zawsze się trochę wstydził pierwszy zdradzać z namiętnością do kart.
— Pan mówi: „pisz”, ale tu, panie, trzeba dać rzecz na poziomie i przemyślaną — tłumaczył mi w drodze do stołu.
Po chwili pogrążyliśmy się w ciche misterium wytrzymałości nerwów. Właśnie zacząłem stosować świeżo wymyślony system podrażniania mego partnera, mianowicie monotonne powtarzanie: „Pan, panie Zbyszku, panie Zbyszku, panie Zbyszku... panie Zbyszku, panie Zbyszku” — na melodię ćwiczeń palcówkowych na fortepianie, kiedy raptem wszedł kapitan dziwnie wzburzony, usiadł i ukrył twarz w dłoniach i jakby bredził. Przerwaliśmy grę i przejęci jego dziwnym zachowaniem się, wymknęliśmy się z jadalni. Na pokładzie stali telegrafista i pierwszy oficer, coś gorączkowo sobie przekładając.
— Co mu tam jest? — zapytał ich pan De.
— Jego syn odebrał sobie życie — odpowiedział nam telegrafista. — Właśnie przyszedł telegram.
Przypomnieliśmy sobie, jak często kapitan opowiadał różne komiczne historyjki w związku z tym chłopcem i jak dumny był z niego. Przejęło nas nieszczęście tego człowieka. Cały egoizm okrętu, cała nasza przynależność do niego uwydatniała się w tym wypadku. Dnie miały przemijać dalej, bez możności osobistego wejrzenia w swoje nieszczęście — kapitana. Długo staliśmy na pokładzie, omawiając tę przykrą wiadomość. Pod wieczór przyszła jeszcze jedna niewesoła wiadomość. Oto w kanale La Manche zatonął okręt towarowy tej samej kompanii. Słowem, dzionek obfity w zdarzenia.
11 lipca
Rano kapitan osobiście zawiadomił nas o wczorajszych telegramach. Wpatrywał się przymrużonymi oczami w dżdżystą i wietrzną przestrzeń, pocierał palcem nos i nagle huknął w górę jakiś rozkaz po fińsku. Zdawał się być spokojny, a na jego opalonej twarzy nie widziało się jakiejś zmiany. Powiedział jeszcze coś w rodzaju: takie to sprawy — i zszedł z maszynistą do hali maszyn. Od wczoraj zauważyłem wzmożoną pracę całej załogi. Marynarze naprawiają brezenty, obstukują rdzę i malują na biało ściany śródokręcia. Próbowałem udawać starą hrabinę, ale pan De odpowiedział mi tak mocnym stylem komsomolca, że zawstydzony umilkłem. Jeden z Ukraińców, Iwaszko, narobił rwetesu w kabinie stewarda. Wykrzykiwał po hiszpańsku, że on też zapłacił za podróż, że dają im byle co do żarcia, ciągle zupa i mało słodkiego. Steward spokojnie krajał cebulę i w milczeniu słuchał mowy, której nie rozumiał. Wreszcie dał Iwaszce pudełko zapałek. Iwaszko, wściekły, pyrgnął tymi zapałkami w cebulę i odszedł. Panu De wpadło pod biurko wieczne pióro, ukląkł ze świecą w ręku, aby go poszukać, okręt się przechylił i pan De opalił sobie prawą brew. Kiedy ją sobie potarł, wszystko się wykruszyło i pan De wyglądał dziwnie, jak źle ucharakteryzowany aktor. Długo stał w lustrze, ale brew nie odrastała. Pióro ja znalazłem, ale było pęknięte i przez tę rysę przeciekał atrament. Wszyscy jacyś podenerwowani. Marynarzowi reperującemu brezent złamała się igła i jej koniec gdzieś mu zginął w palcu. Dwaj koledzy wydobywali mu ją, wreszcie zawołali kapitana, ten lancetem przekrajał palec i wyjął obce ciało. Seria awantur. Koty bez humoru, zapatrzone gdzieś skwaśniałymi oczkami. Zginęła nam także karta — walet karo, szukaliśmy go dość długo i wreszcie okazało się, że był w talii. Czas wstrętny, otaczają nas jakieś wilgotne brudy. Czuję się tak, jakbym zjadł mnóstwo waty, brak apetytu i ospałość — stan dziwny. Wymarzona rodaczka już mi się „przejadła”. Kapitan nie schodzi do stołu, tylko telegrafista już dwa razy otwierał szafkę w naszej kabinie. Podczas kolacji poradziłem panu De, aby sobie drugą brew ogolił albo opalił, bo wygląda nieprzyjemnie. Spojrzał na mnie przenikliwie i zaczął tak ględzić, że już mi się nie chce tego tutaj streszczać. Chciałbym się rozchorować, może by mnie to nieco rozerwało.