— Bierz pan śledzika i nie marudź pan — powiada arbitralnie.

Wchodzi kapitan, zwykłym ruchem ciska beret i woła:

— Olrajt!

Obiad jak wszystkie tutejsze obiady: obiadowy. Całe popołudnie pisałem o rzeczach dalekich od mego życia na okręcie; o obcych temu życiu sprawach. Teraz właśnie nadchodzi zmrok, puszysta ciemność zdaje się mięciutko układać na odurzonych wodach, słońce jest blisko koliska, co oddziela morze od nieba i wygląda tak, jakby ktoś rozczapierzone palce przytknął do czerwonego klosza. Wszystko, co widzę, jest w kolorach, które pożera główny — czarny. Ale to, co widzi pan De, jest inne, bo on mówi:

— Patrz pan tylko, jaki cudowny zachód słońca.

Wreszcie palce się połączyły i słońce zginęło. Pewnie w wodę wpadło, tylko dziw, że nie zaskwierczało. Jeszcze po niebie kładą się purpurowe desenie, pełne dziwacznych postaci. Wreszcie zaciekło wszystko widzialne czernią i cisza, która ciągle trwała, jak gdyby jeszcze spotężniała. Wprawdzie dudni maszyna okrętu, ale to już inna sprawa. Cisza ciszą. Powróciłem do kabiny przyjemnie zgnębiony, jak człowiek, który się czuje wtedy dobrze, kiedy się czuje źle. A za mną taszczył się głos pana De:

— Ach, jakie cudne... co ta przyroda wyprawia nieraz...

14 lipca

Jeszcze nie odszedł mnie dur senny, jeszcze oddział wojaka na koniach i w hełmach z pióropuszami otacza powóz z ładnym starcem, który się kłania cylindrem, jeszcze po rozwartych ustach tłumu poznaję, że krzyczy, i chorągwie trzepoczą na kijach... i barwy rozbarwione — a wszystko jedno wesele, i ciążą mi zamknięte powieki, a w głowie jeszcze tłok, aż tu i twarz czuję, a twarz ta ile wlezie bierze po pysku od rzeczywistości. W kabinie jasno, kabina cieszy się i pyszni swoją ciasnotą w słońcu. Jakieś dwie rzeczy zwisają nade mną. Ależ to gołe nóżki pana De. Bujają się; na ogół białe, tylko koło paznokci udekorowane czarnym obramowaniem, a także i piętki bursztynowe.

— Co mi pan zwiesza jakieś festony, weź pan te nogi! — krzyczę wesoło.