Wstaję lekko i po zabiegach toaletowych i posiłku wychodzę na pokład. Tym razem coś się stało nareszcie, bo zamiast mizdrzących się fal widzę porządne góry, a na stokach przycupnięte miasteczko i różne budowle dalej. Jest wreszcie na czymś spocząć oku. Góry są łyse, brunatne, dalekie — a powolutku bliższe. Schodzi kapitan; w granatowym mundurze, złoto na czapce, galony. Jest w białym kołnierzyku i czerwonym krawacie. Lakierki. Bije od niego spokój i trochę zadowolenia. Wyjaśnia mi, że to Teneryfa, że dojeżdżamy właśnie do miasta Santa Cruz. Po okręcie włóczą się donośne dźwięki i słychać przenikliwy bulgot opuszczanego łańcucha. W ogólnym ruchu i hałasie pochwytuję jęk dzwonka, zaraz przestaje, ale nie pamiętam, jak długo przedtem dzwonił. Koło okrętu już wiercą się łódki pełne nieważnych rzeczy, należących razem z łódkami do nieładnie ubranych właścicieli. Na lądzie wzdłuż zatoki biegnie kamienna droga, a po niej przesuwają się małe, obojętnie żyjące swym życiem — samochody. Nad drogą spiętrza się brunatna i posępna, prostopadła ściana. Ale to jedno co ponure, wszystko co dalej wygląda jak na obrazku oglądanym przez powiększające szkła. Tylko świeższe w barwach i widać życie. Ale nic nie okazuje zdziwienia naszym przyjazdem, a tu szesnaście dni bez lądu! Czyśmy też nie powariowali? Obejmuję pana De; wszystko nic, kocham go! Dalej, wysztafiruję się jak jasna cholera! Białe ubranie, jedwabie! I na ląd, na ląd! Koszule już są suche, daję je stewardowi do wyprasowania nie pytając, czy chce i czy może to zrobić. Jestem tak ożywiony, że zaczynam się tym ożywieniem niepokoić. Wymyty, wyświeżony na twarzy, w spodniach i w pantoflach, zaglądam co chwila do kabiny stewarda. Wyrywam mu ją wreszcie spod żelazka. Ubrany już, przeglądam się w za małym lusterku. Wyglądam świetnie! Dla mnie — jestem wprost... no, bardzo! Zgrzany i z wypiekami wylatuję na pokład. Schodki już opuszczone, na dole kołysze się motorówka. Pan De ogląda mnie na wszystkie strony i mówi:
— O, to pan już gotów... A to co? Z tym pan wyjdzie?
I palcem robi krychę koło swego nosa. Biegnę do lusterka i cóż? — tam są nieładne wąsy nie wąsy — zmierzwione kłaczki. Tak się do nich przyzwyczaiłem, że nawet nie zauważyłem, jak mnie ośmieszają. Kolor też paskudny — nie rude, nie blond. Golę toto. I czuję jakby ulgę, bo przecież ciągle bolała mnie górna warga i nie zauważyłem, że to od nerwowego szarpania tych wąsów. Niby nieprawdopodobne, a przecież! Położyłem chusteczkę na żelaznym słupku i usiadłem. Nagle ogarnia mnie przesyt, jakbym już był na lądzie i czort wie czego tam nie nawyprawiał. Stoimy o paręset metrów od brzegu, patrzę tam — ślicznie. Muszę tam pójść, pochodzić sobie po wybrzeżu i dobrze przyjrzeć się „Orientowi”. Tak, nareszcie ja na niego, z lądu, z nieruchomości i niezależny od tego pudła. Wyjść! Oto moje pragnienie. Pójść w miasto, w ulice; móc patrzeć na rozmaite. I na niego — tak, między innymi. Szesnaście dni — to tak długo, że mogło być ich sto, wszystko jedno. Ten przesyt chyba musiał mieć coś wspólnego z pozbyciem się wąsów... Sam nie wiem, co, ale to było — fakt! Podczas gdy tak zmienne doznania przenikają moją jaźń, oko ciągle błądzi po wybrzeżu. Kilka zastygłych okrętów sterczy przy kamiennym bulwarze. Dochodzą mnie stamtąd przytłumione sygnały pojazdów i odgłosy zbiorowego życia miasta. Słońce wytwarza jakby pył, który lekko przesłania wyrazistość widoku. Przenika mnie tłumione podniecenie. Złapałem się na kilku gwałtownych poderwaniach ze słupka, który posiadał logiczną siłę przyciągania mnie z powrotem. Wreszcie pojawia się pan De: białe ubranie, wcięta marynarka, kształtne białe półbuciki. Aż dotąd wszystko dobrze.
— Zdejm pan ten berecik granatowy, przecież ten kolor żre się z całością! Jesteś pan wysoki, a wysokim jest niedobrze w granatowych beretach!
— Mój drogi panie, pozwoli pan, że będę nosił na swej głowie to, co uważam sam za stosowne — mówi ten trudny do rozgryzienia człowiek.
W ogóle ma minę obojętnego człowieka z charakterem, który nie uwidacznia swych wzruszeń. Rozgląda się poważnie i jeszcze silniej naciska beret. Pokazuje palcem (maleńkim palcem na takie duże, cudowne miasto!) w stronę miasta i zwraca się do mnie:
— A co będziemy tutaj stać, nie pojedziemy do samego brzegu? — I dalej nie czekając mojej odpowiedzi: — A co, pan wychodzi z gołą głową? Mój panie, niechże pana mój beret nie obchodzi, dobrze?
Już nic nie mówię, tylko wspinam się na górę, aby zapytać kapitana, jak to będzie z dostaniem się na ląd. Nieśmiało zaglądam do jego kabiny; siedzi przy stole w towarzystwie kilku eleganckich mężczyzn o twarzach, którym umiejętność lawirowania w zmiennych kolejach życia nadała dość znany, nieciekawy wyraz. Grupa ta sprawiała wrażenie, jakby poczyniła między sobą zakłady, kto dłużej wytrwa w milczeniu. Ktoś tu kogoś chce nabrać, powiedzmy to sobie otwarcie. Kapitan na mój widok uwolnił szklankę z whisky od uścisku dłoni i podszedł do mnie.
— Na razie zostaniemy tutaj, ci panowie zabiorą panów ze sobą na motorówce. Już wkrótce.
Rozeszliśmy się w swoje strony: on do stolika, a ja na dół. Przed wjazdem do wszystkich portów na świecie jest taka chwila, kiedy raptem wkracza na okręt kilku nonszalanckich typów, kapitan prowadzi ich do swej kabiny, zaraz potem steward wnosi szkło z lodem i butelkę whisky na środku tacy i na całym okręcie odczuwa się denerwującą atmosferę oczekiwania, jakiejś tajności, omal że się nie chce chodzić na palcach. I taki niepokojący stan przechodzi się do chwili, kiedy czterech bezczelnych na gębie drabów nie opuści okrętu. Przechodzi się stan oczekiwania, że coś nastąpi lub że wykryje się przestępstwo, którego się nie popełniło. Tak i teraz pan De gładzi palcem swoją opaloną brew i mówi: