— Jak tam, długo jeszcze te baciary22?...
— Niedługo. Chlają i coś knują, ale zaraz mają jechać.
Przechadzamy się po dolnym pokładzie nieco sztywnie na skutek „niecodzienności” ubioru. Uważamy także, aby się nie pobrudzić. Na okręt przedostali się dwaj tandeciarze, rozłożyli towary na pokładzie i pilnie obserwują przedmioty oglądane przez marynarzy. Jaskrawą i niechlujną plamę tych paskudztw obstąpiła grupa ludzi porozumiewających się na migi z właścicielem tych cudów. Towar jest rozmaity: barwne chustki, mydełka, butelki z wodą kwiatową, zapalniczki w kształcie maleńkich aparatów fotograficznych, fajki i angielskie papierosy. Stoimy w pewnej odległości od tych przedmiotów i z nieufnością spoglądamy na ten handel. Ożywia nas wreszcie widok kapitana w towarzystwie gości. Na dole zaturkotała motorówka. Kapitan przedstawia nas czterem panom o twarzach z wyrazem krytego zadowolenia. Trzech z gestem sytości paliło cygara, natomiast czwarty z czułością przytykał nos do jakiegoś kwiatka. Tak się zachowują ludzie po dobrej wizycie. Kilkakrotnie ustępujemy sobie pierwszeństwo przy zejściu do łodzi, w końcu musiałem ustąpić. Schodzę, oglądam się — nie ma pana De. Usadowiliśmy się na ławeczkach, aż tu i onże... w miękkim, filcowym kapeluszu. Siada obok mnie i ruszamy. Nie mogę długo wytrzymać w delikatności i mówię:
— A jednak zostawił pan to świństwo!
— To znaczy, że mam zmienne gusta, mój panie.
Rozmowa między kapitanem a czterema panami jest lekka i wesoła, a twarze rozluźnione uśmiechem jak to zwykle bywa po interesie. Wyskakujemy na brzeg, zaraz też żegnamy się z panami, z kapitanem naznaczamy sobie jakieś niezobowiązujące spotkanie i solidnym, lądowym krokiem dzwonimy po kamiennych płytach. Nerwowy wietrzyk wydobył mi krawat spod marynarki i furkocze nim jak chorągiewką nieokreślonego zwycięstwa. Pan De przytrzymuje swój kapelusz. Odwracam się i patrzę na tę szelmę. Jaki mały i popielaty — niewiniątko! Zgrabniutki, sterczy na wodzie i — ma minę zawiedzioną. Już cię kotwica dobrze trzyma, ty perfidny draniu! Idę dalej, ale nie osiągnąłem pełni satysfakcji. Winien pewnie byłem ja, skoro sobie nie umiałem życia na nim ułożyć. Raptem wkraczamy w ruchliwy plac. Bez słowa wchodzimy do chłodnego wyszynku, zajmujemy stolik i pan De jakimiś cichym głosem zamawia dwa duże piwa. Obok siedzą trzy jasnowłose, zakochane w nas od pierwszego wejrzenia — czemu dają wyraz wzrokiem i gestami — Francuzki. Chyba Francuzki, bo paplą w tym języku. Nie zwracamy na nie uwagi, widać przepaliło się w nas pożądanie. Odczuły to, bo całą swą emanację miłosną skierowały do dwóch Anglików. Chyba Anglicy, bo po angielsku rozmawiają. Pijemy następne piwo. Przez otwarte drzwi widzimy placyk. Usadowiła się tam — niedziela — rumiana blondynka — i sprzedaje sandwicze z próżniactwa, nudy i wypoczynku. Wypiłem do dna. Gdyby pan De mógł odgadnąć moje myśli, porwałby się chyba od stolika z okrzykiem grozy. Ale on zamawia piwo, lecz zaraz zatrzymuje kelnera i mówi do mnie:
— Może byśmy się napili whisky, bo to piwo... tyle płynu?
W oczach moich wyczytał zgodę. Siedzimy dalej bez gadulstwa. A więc na placyku niedziela... nie, dajmy temu spokój. Dlaczego ci Hiszpanie ubierają się tak czarno? Przecież słońce. Dziewczęta też mają na główkach czarne koronki. Dlaczego policjanci noszą czarne pudełka na głowach, lśniące i dziwacznego kształtu? Anglicy nie oparli się jasnowłosym Francuzkom i całe towarzystwo opuściło wyszynk.
— Gott strafe England23...
— Co pan mówi, panie Zbyszku?