Ubieram się i wychodzę na pokład. Ładnie jest — rzeczywiście. Morze: rozfalowana zieleń przecinana zygzakami bieli. Widać zamazany dalą brzeg brazylijski. Rześki powiew skowyczy mi nad głową, od słońca idzie przeczysta jasność. Pokład świąteczny opustoszały, czasem przemknie marynarz. Na wietrze, nad okrętem, rzadko poruszając skrzydłami, lecą mewy, chciwie rozglądają się po bokach. Stoję tak przy burcie, wiatr mi wzdyma nogawki spodni, rozmyślam o tym, jak się teraz czuję, i słyszę w tyle głos pana De. Stoi w drzwiach, wychylił głowę i patrzy wokół, jakby się obawiał ataku samolotów bombowych. Kiwa palcem. Idę i pytam:

— Co?

— Chodź pan do salonu, to panu coś pokażę.

Idziemy. Pokazuje mi palcem w iluminator. Wodzę pusty fragment okrętu i morze.

— No co — pytam.

— Ano nic, ładne, prawda?

— To po to pan mnie wołał? Przecież ja tam miałem tego samego więcej!

— Ano, z tej strony...

Spojrzałem mu bystro w oczy i usiadłem do śniadania. Ściany skrzypią i obrazki wahadłowo i wolno się przesuwają. Sos z mięsa przelewa mi się także na talerzu. Jedząc, zajrzałem jeszcze raz w oczy panu De. Odezwał się:

— Wie pan, że ja się tutaj źle czuję. Jestem zdenerwowany, niepokój mnie ogarnia.