— Przyzwyczai się pan — odpowiadam zdawkowo.

Milczymy, nie czujemy kontaktu ze sobą. Wyciągamy maszyny do pisania i ze dwie godziny piszemy listy. Później siadamy do kart.

— No, nie, nie, nie! — wołam. — Już pan położył tę dziewiątkę, już nie można się cofać!

— Ale jak to!

— No, nie można, i już.

Gramy dalej. Dzisiaj kapitan — inny człowiek. Bledszy, cera świeższa. Je z apetytem, opowiada pulchne dowcipy z pointą na początku lub w środku. Ale dobrze, że już przyszedł do siebie, boby jeszcze nas zawiózł czort wie dokąd. Dzisiaj na obiad zupa kartoflana. Jeszcze smakuje. Na pokładzie wiatr nadziewany mewami. Brzeg brazylijski majaczy pustką i dzikością. Siadamy do kart. Coś tu z rozrywkami kiepsko. Kolację jemy z kapitanem, bzdurząc o tym i owym. Wieczorem niebo gwiaździste, ale jakieś wymięte, zrywa się chamskie, rozjuszone wichrzysko, morze łyska pianą, jest dosyć niemiło. Stoimy oparci o balustradkę nad przednim pokładem i w milczeniu palimy papierosy. U kapitana na górze zapłakał smutno dzwonek, na dole z przedniej kajuty wypełzło światło, ktoś zamajaczył na tym świetlnym pasie i podreptał na górę. Przykro. Myślę, że mi trudno będzie w tym codzienniczku być szczerym, a tu akurat po dzwonku i tej posturce, co poszła na wezwanie, poczęły mnie gnębić jakieś tęsknoty, opanował mnie przykry nastrój. Także pan De ma luźną minę, zauważyłem to w kabinie, kiedyśmy się „udawali na spoczynek”.

22 czerwca

Wietrzyk słaby, dzień słoneczny, dużo mew różnych gatunków. Siadają na falach jak kształtne, żywe łódeczki. Pagórkowata dal morska kipi w słońcu, grzywki na falach, jak białe zwierzaczki, ganiają się po wodnym stepie. Rano przewaliły się kilkakrotnie nad powierzchnią wody dwa delfiny, widoczne prawie w całości. Morze jest zuchowate i jednocześnie poważne; wydaje mi się, że to jest coś żywego, ma jakiś wyraz tego, co żyje. Widać zamglone pasma brazylijskich Sierra do Marr4. Dzień mija spokojnie w cichej kontemplacji karcianej i bez — wprawdzie dżentelmeńskich, ale zawsze — sprzeczek. Pan De nie zarysował mi się psychologicznie ani razu. Jest skupiony, małomówny i wygrywa forsę z góry przeznaczoną na wspólne puszczenie w najbliższym porcie. Żywność była dobra, ale już znana. Cały wieczór przeszedł nam na rozmowie z kapitanem o nagich kobietach.

23 czerwca

Usadowił się we mnie tępy leniuch, zanik inicjatywy (na co tu inicjatywa?), myśl oleista, nieużyteczna. Drugi oficer pożyczył mi pudełko z tekturowymi wycinankami, mam z tego ułożyć jakiś obraz. Próbował pan De, ale odszedł zniecierpliwiony i powiedział, że przecież to niemożliwe z paruset sztuk złożyć jakiś obraz. I mnie się też wydaje, że to jest niemożliwe. Za to w karty rżniemy od rana do nocy; ja bardzo przegrywam. Czasem powiemy sobie coś z przekąsem, ale zachowujemy pozory. Łażę po statku w „wolnych” chwilach, wsadzam głowę w różne otwory, szukam wrażeń. Wymyśliłem wystawanie na samym dziobie okrętu. Siadam okrakiem, trzymając się stalowej liny, i patrzę przed siebie lub w dół, tam, gdzie dziób pruje wodę; jest gęsta, na dwa, trzy metry przed atakiem spokojna, jakby z rezygnacją przygotowywała się do ciosu, po którym — spieniona — opływa boki okrętu i wówczas mijana, wygląda jak marmur z białymi żyłami. Do marmuru porówna poeta — człek prosty do mydlin. Kiedy znów patrzę przed siebie, doznaję uczucia niesłychanych możliwości, wyimaginowanej własnej potęgi! Raz mi się to morze wydaje smutną przestrzenią, kiedy indziej znów — cmentarzyskiem, krańcem niewiadomego!... Różnie mi się wydaje! I znów wracam do kart.