— Nie dostaliśmy żadnego załadowania, i tak czekaliśmy na panów.

Po chwili wyje nasza syrena. Ma głos taki, jak gdyby Bóg wie ile czasu miała ryczeć, a tu zaczyna i już urywa. W kabinie przebieramy się w ponurym milczeniu.

— Wiem, jakieś pan miał plany — mówię zjadliwie.

Ach, odpowiedź, istny karabin maszynowy:

— Pan wie, jakie ja miałem, a myśli pan, że nie wiem, jakie pan miał... miał pan takie same jak i ja, też panu dziwki były w głowie...

No, nie dziwię się, już jesteśmy na okręcie. Odjeżdżamy, w iluminatorze widać, jak się przesuwają różne rzeczy na lądzie. Stoimy na pokładzie. Pan De częstuje mnie papierosem, ja mu podaję płonącą zapałkę. Słońca już nie ma, jest popielato i smutno. Wyjeżdżamy na pełne morze, okręt zaczyna się silnie przechylać, parno, w ustach niesmak.

25 czerwca

Warto żyć. Ranek jakby muzyczny, zdają się grać — okręt, morze i nawet słońce. Jakieś igry dzieją się na wodzie, wiatr ciska rozpyloną falę na dolny pokład, opryskał mnie nawet, ale to żarty, zabawa. Pierzchły wczorajsze ciemne myśli. Po śniadaniu kładę się na brezencie, koty łażą po mnie, błogo mi. Później okazało się, że te koty mają matkę. Przyszła wiotka, rozkołysana i poważna. Małe ją opadły, trochę się broni, wreszcie kładzie się i pozwala ssać. Z przymrużonymi oczami liże kark białego. Osamotniony, siadam z moim towarzyszem do kart. Mamy już taką taktykę, że jeśli jeden proponuje, ten drugi niby się ociąga: „No... mogę, ale niedługo”. Rozgrywaliśmy bardzo zawzięcie partię, bo zaraz po obiedzie pogrążyliśmy się z powrotem w grze. Dopiero, kiedy steward wskazał nam coś przez iluminator, przerwaliśmy. Tak, wjazd do Rio de Janeiro, to było piękne bez żadnej blagi. Przygniatająco wyglądały skłębione w niebieskawej dali góry, groźnie spiętrzone nad jakimiś białawymi budyneczkami. To wszystko minęliśmy, skręciliśmy w lewo i dopiero teraz wywaliło się przed nami cudowne widowisko zatoki rioskiej. Mijamy od prawej strony posępny, kamienny fort z lufami armatnimi w otworach, od lewej — wielki, betonowy pagór-wysepkę, z jedną armatą na powierzchni. Te dwa forty, niby brytany, warują przy wejściu do Brazylii. Nasz okręt wlecze się, jakby nie miał odwagi zbliżyć się do portu. Wreszcie stanął i czeka. Daleko widać wciśniętą między ląd skalisty cichą, wodną przestrzeń. Już i późno się zrobiło, pąsowe słońce przylepiło się do czubka ponurej skały i raptem, jakby je kto mroczną dłonią spoliczkował, wpadło gdzieś w morze. Nieprzyjemnie zieleniało to morze, przycichły odgłosy i miasto zaczęło pstrzyć się światłami. „Nasz” stoi jeszcze w miejscu, podjechała motorowa łódeczka z kilku panami, którzy tam siedzą u kapitana. Steward ciągle nosi lód na górę, zaniósł i drugą butlę whisky. Po lewej stronie mamy dwa olbrzymie bloki górskie: Paô de Assucar i Corcovado z oświetlonym błogosławiącym Chrystusem na szczycie. Czub Paô de Assucar także zajaśniał, oderwał się od niego mały świetlny punkt i płynie w dół, ku miastu. To wagon kolejki napowietrznej. Teraz, tam wysoko, w łunach i kolorowej gęstwie nieba błogosławiący miastu Chrystus wygląda efektownie, jak zjawa nieziemska. Miasto już się żarzy mnóstwem światełek, tęskna cisza krąży nad zatoką, koło okrętu lawirują ciekawskie łódki, wzdłuż brzegu, warcząc głucho, ślizga się motorówka.

Wesolutki od „tronku” kapitan schodzi w towarzystwie kilku panów i zawiadamia nas, że okręt nie przybije do brzegu i że jeśli mamy ochotę pojechać do miasta, urzędnicy portowi zabiorą nas ze sobą. Szybko uzupełniamy garderobę i schodzimy do łodzi. Po dziesięciu minutach jesteśmy na brzegu, lokujemy się w taksówce, która nas wiezie przez szeroką, ruchliwą Avenida Rio Branco. Zapach benzyny, muzyka z suto oświetlonych kawiarń wysuniętych na chodniki, piekielny ruch kołowy — wszystko to oszołamia. Mijamy upstrzoną neonami dzielnicę kinoteatrów, wjeżdżamy na bulwar Praia Flamengo, po lewej stronie mieni się ściśnięte zatoką morze, na przeciwległym brzegu łyskają wielkie reklamy „Firestone” i „Good Year”, w końcu wjeżdżamy na Praia de Botafogo, skręcamy w cichą palmową uliczkę i po kilku minutach zatrzymujemy się na rua Pirez de Almeida, przed domem, gdzie mieszka mój dobry znajomy, Polak, p. Valeri.

Nie dziwi go zbytnio nasz przyjazd, z miejsca idzie do kuchni, aby przygotować nam kolację, zajmuje się tym osobiście, bo mieszka po kawalersku i służącą ma tylko do południa. Rozmawiamy z nim w kuchni, ale też ta kuchnia czyściutka — salonik. Wspominamy, bo przecież rok temu mieszkałem w pokoiku o piętro wyżej, przez dwa miesiące, u tego p. Valeri. Łapię klucz i biegnę do pokoiku, gdzie przechodziłem pierwsze katusze tęsknoty za krajem. Wzgórze tuż przed oknem wyczyścili z krzewów, poza tym nic się nie zmieniło. Wracam na dół, myszkuję po szafkach i wyciągam znajomą mi butlę z preparatem p. Valeri — dobrą wódkę. Pijemy w kuchni, stojąc, podkradam z patelni kawałki odgrzewanego gulaszu. Zmienił mi się ten p. Valeri, nie chce pić, powiada, że chory, że ma dużo pracy, że jutro musi rano wstać. Widać, już mu zobojętniałem. Ale kolację jedliśmy, co było do wypicia, tośmy wypili. Żegnaj, dobry staruszku! Nie chcesz pójść z nami, niedobry ty! Znam go jako poczciwca, ale może rzeczywiście chory, przy tym miał tam jakieś swoje nieszczęścia, chce się nas pozbyć, denerwuje go pewnie nasza wesołość, młodość i podróże. Bądź zdrów, ale chyba nie zapomniałeś, jakeśmy to urządzali urocze przyjęcie, jak Finia z gorąca płakała, jak!...