Tak już widać jest, że na lądzie z panem De czujemy dla siebie przyjaźń i sentyment. Każdy pomysł uzyskuje zgodę i jest dobry. Każemy się wieźć szoferowi do kasyna na „Urce”, w taksówce mówimy sobie miłe rzeczy, w głowach szumi, i miasto jest piękne. W hallu kasyna rozchodzimy się z tym, że mamy się spotkać za godzinę na tym miejscu. Wszystkie stoły z ruletą są oblężone, z trudem przeciskam się do gry. Stawiam dwadzieścia milrejsów na czarne i wygraną razem ze stawką — na osiem numerów. Trafiam siódemkę i sto osiemdziesiąt milrejsów. Udało się, siadam przy stoliku z baccarat. Po kwadransie przegrałem trzysta milrejsów. Idę do hallu i każę sobie podać whisky. Podchodzę do przechodzącego właśnie malarza, Polaka Rechowskiego. Cóż, u diabła! Ten też wita się ze mną jakoś chłodno, a przecież rok temu byliśmy w wielkiej przyjaźni. Zapraszam go do stolika, ociąga się, że kogoś szuka, wreszcie siada. Nie, nie pije nic — nerki. Pytam wręcz, dlaczego p. Valeri i on są dla mnie obojętni?
— Ależ co znowu — odpowiada. — Tutaj, wie pan, nie ma żadnych przyjaźni, ludzie o sobie szybko zapominają, zresztą Polacy na emigracji nienawidzą się wzajemnie, zwłaszcza w miastach, to znana rzecz. To już jest takie zjawisko; rodak przypomina o ojczyźnie i pobudza tęsknotę, której każdy się wstydzi. Tu przyjaciół pan nie znajdziesz, człowiek oderwany od kraju spadla się szybko, nabiera fikcyjnego poczucia pewności siebie, a gdzieś od środka gnębi go poczucie nieprzynależności. Zresztą, napiję się z panem.
Nalewam mu i w tej chwili przysiada się pan De. Jest podenerwowany wygraną dwustu milrejsów. Napełnia sobie szklankę i zwierza się, że jest w rozterce, bo nie wie, czy grać dalej, czy zaprzestać. Malarz smutnieje i nagle odchodzi. Nigdzie spotkanie z rodakiem nie sprawiło mi przyjemności, ale przecież ten wypisywał wiersze na moją cześć i płakał, kiedy mu opowiadałem o zimie w Polsce. Cóż, u pioruna — taka nagła zmiana uczuć!
— Idziemy na dancing! — proponuję energicznie poruszonemu wygraną panu De.
Pójdzie. Kiwam na kelnera i chcę płacić za cztery whisky, ale sympatyczny garson nie chce przyjąć pieniędzy, powiada, że jesteśmy gośćmi kasyna. Nie, to nie! Daję mu niezły napiwek i ruszamy do budynku naprzeciw, gdzie zajmujemy stolik tuż koło parkietu. Na ścianach wymalowany jest zimowy pejzaż wsi polskiej czy rosyjskiej, wystające ze ścian gałęzie drzew przyprószone są śniegiem, oddychamy sztucznie chłodzonym powietrzem. Wygląda to dość kiczowato, ale widać, że lokal jest pierwszorzędny, muzyka dobra, młody człowiek przyjemnym głosem towarzyszy orkiestrze, śpiewając po angielsku. Popijamy ostro, pragniemy się weselić, ale nie ma z kim. Zaczynają się produkcje artystyczne, cztery śliczne Niemki śpiewają wesołe rzeczy, prawdziwa i ładna Hiszpanka tańczy tango argentyńskie i gra na kastanietach. I jeszcze jakiś smutny śpiew. Wychodzimy, znów jedziemy taksówką do podejrzanego kabaretu „Asirio”. Przy stoliku towarzyszą nam ciemnolice rozkapryszone dziewczęta, przyzwyczajone do gestu Europejczyka. Zamawiają sobie jakieś „refresco”, próbuję trochę: mrożone wino z owocami. Dziwię się, że nie chcą czegoś droższego: koniaku lub szampana. Znów jakaś Concha śpiewa tango. Przy wszystkich prawie stolikach Brazylijczycy piją piwo lub oranżadę, tylko my i jakiś samotny Anglik nie zadowalamy się byle czym. Postanawiamy zmienić lokal. Okazuje się, że „refresco” naszych dziewcząt jest znacznie droższe od szampana. Płaci pan De — wygrał przecież.
Plac jest opustoszały, kasyno Beira Marr majaczy w świetle księżyca, powiew od morza porusza liście palm; jest ciepło i nastrojowo, a dwaj Polacy tajemniczo podążają we chwiejbie między romantyczne wille zacisznej rua6 Catette. Przed bramami wystają księżycowi brazylijscy miłośnicy, na próżno starając się dostać do wnętrza. Tabliczki z napisem „Pension Artistic” kusząco mienią się w seledynie księżyca. Szumią palmy, ciche szepty zdają się fruwać w powietrzu. Tu i ówdzie z wnętrza miłosnych schronów doleci przytłumiony śpiew, okrzyk lub melodia. Uporczywie pukamy w bramę mauretańskiej willi; wyczekująca młodzież z sąsiednich bram ironicznie spogląda na te wysiłki. Pora jest późna, ale my koniecznie pragniemy towarzystwa kobiet, muzyki. W końcu z balkonu naszej willi wychyla się senhorita w czerwonej sukni. Powiadamia nas, że wszystkie damy są zajęte, możemy tylko dostać coś do wypicia. Zanim młodzieńcy z przeciwka dobiegli do bramy, już byliśmy we wnętrzu. Zajmujemy samotny stolik w kąciku na pierwszym piętrze. Sąsiadujemy z jednym tylko zajętym stołem, przy którym siedzi liczne towarzystwo. Cztery ładne, lekko pijane dziewczyny w towarzystwie kapitana brazylijskiej marynarki wojennej i dwóch cywilnych brunetów. Obaj jesteśmy bardzo rozmarzeni i mówimy o polskich lasach szpilkowych, gdzie można się spokojnie położyć, bez obawy żmij i wszelkiego robactwa. Albo zagajniki! Słychać:
— Piję na cześć młodych, odrodzonych Niemiec, których nasi sympatyczni sąsiedzi są przedstawicielami.
Odwracamy głowę w stronę tego toastu. Kapitan, w rozpiętej kurtce, z wzniesionym kieliszkiem koniaku, mówi to do nas i trochę się chwieje. Podnosi się pan De i powiada, że wprawdzie jesteśmy Polakami, ale to nie przeszkadza przyjąć nam ten toast.
— Ach, to wszystko jedno — odpowiada kapitan i idzie w naszą stronę. — Przecież jesteście teraz w przyjaźni z Niemcami, jestem kapitan Mario do Amaral, siadajcie z nami, camarados.
Nie mamy sił odmawiać, przedstawiamy się towarzystwu i zajmujemy miejsca. Rozpoczynają się śpiewy chóralne i solowe tańce, przemówienia i toasty. Dziewczęta razem z szefową zapominają o swym zawodzie i zachowują się jak na jakim imieninowym przyjęciu. Piękny służący, Manuelo, sentymentalny walet pikowy, próżno szukał flirtu. Obecni byli anormalni — wyróżniali kobiety. Manuelo podawał napoje i nakręcał patefon. Powoli świt zaczął walczyć o lepsze z lampami, goście jak kociaki porozłazili się po apartamentach, my zostaliśmy z szefową i Manuelem.