Opuszczamy w czystości uroczy lokal i na ulicy z rozczuleniem wspominamy nasz okręt. Poważni, pełni planów na „nowe życie” idziemy pieszo do portu. Hiszpan w granatowym, „poncho” proponuje przewiezienie nas na okręt. Jego łódka jest już wprawdzie solidnie załadowana pomarańczami, ale jakoś się lokujemy i ruszamy. Mam dziwną ochotę opaść na szmaragdowe fale Atlantyku, ale pan De podaje mi obraną pomarańcz i wskazuje na „Orient”. Widzę — nasz kochany, jaki smukły i zgrabny! Tylko maławy trochę. Włazimy na pokład i rozglądamy się po zatoce. Ach, jak ładnie, jak ładnie... prawda, jak ładnie!...
26 czerwca
Nie pomogła aspiryna, kąpiel i woda sodowa. I słońce, i ładna zatoka nie pomaga! Już nigdy... ostatni raz! Przechodzę wszystko to, o czym parę dni temu opowiadałem kapitanowi. Znów pojechaliśmy do miasta, robimy sprawunki, jesteśmy małomówni, powypalani. Po południu wracamy na okręt. Odjeżdżamy. Żegnam Rio bez żalu — za ładne, za wiele dobrego naraz. Jedziemy. Za nami pozostaje kolorowy widok miasta, portu, okrętów, Corcovado i Pâo de Assucar. Godzina piąta i pół. W przesłonecznionej mgle dwie palmy samotne po prawej stronie; wszystko znieruchomiałe, tajemne. Daleko sterczą kły górskie i płynie statek pod smugą dymu. Stado mew, barwna wysepka, na wysepce białe domki pośród palm. Morze pomarszczone, wyłaniają się wielkie dźwigary i samotna boja. Znów jakiś cudowny, zielony pałacyk z wieżyczką pośród siedmiu palm. Ruszamy szybciej, po prawej stronie mija nas okręt pasażerski, punkcik kolejki napowietrznej zbliża się do szczytu Pao de Assucar, miasto zakwita światłami, migocą reklamy na dalekiej Copacabana, mijamy jeszcze kilka szczytów górskich, silny powiew zaskuczał cichutko, postrzępił się w olinowaniu, znikła ziemia — zahuczał ocean.
27 czerwca
Dość tego, zabieram się do pracy! Jaka ona tam jest — ale trzeba się wziąć w karby. Bal na Catette czuję jeszcze do dziś w kościach. Dzień dzisiejszy przewałęsam, przegram w karty, przebaluję z kotami. Jest pogoda, pan De pisze listy do rodziny i niechętnie rozmawia. Późnym wieczorem świeci Wenus jak mały księżyc. Kładzie pasmo światła na spokojne, oleiste morze. Kapitan przedstawił nam telegrafistę. Ma twarz jak niemłoda wieśniaczka i babski głos. Opowiedział, co robił w Rio. Wiadomo — zachlewał się.
28 czerwca
Od wczesnego rana stoimy w zatoce Victoria. Miasto małe, dość egzotyczne i ruchliwe. Pan De chory na żołądek; pije wódkę z papryką. Upał daje się we znaki, w ustach niesmak i szumi w głowie. Idziemy do znajomka pana De, rzeźbiarza Bogdanowa. Gruby, schorowany Rosjanin — kieruje robotami w katedrze. Nic nam ciekawego nie powiedział. Mówił o swej chorej wątrobie i nawale pracy. W te jego rzeźby dobrze by się strzelało do celu. Żegnamy go.
— Doswidanja, drug moj, doswidanja7!
Wałęsamy się po ulicach, pijemy piwo, to znów kawę — bardzo ciepło. W końcu kupiliśmy cygar, papierosów i wróciliśmy na okręt. Ruch tutaj wściekły, ładują kawę, zgrzytają łańcuchy, kurzu pełno. Kilku marynarzy w spodenkach kąpielowych skacze do morza. Pokrzykują swymi twardymi, fińskimi słowami. O trzeciej po południu opuszczamy Victorię. Odjazd znów — piękny. Już nie będę wyliczał tych cudów, bo co komu z tego, skoro sam nie widzi. Uwierzy mi to!? Wjeżdżamy na pełne morze, wita nas znajomek atlantycki — „łagodny słony powiew”.
Te koty zabierają mi mnóstwo czasu, który im z chęcią poświęcam. Wieczór jest dżdżysty i wilgotny — niebo bez gwiazd; mrok i wietrzysko. Jestem tak pogrążony w rozmyślaniach na temat swojej moralności, że żałosny dźwięk dzwonka na zmianę marynarzy przenika mnie panicznym strachem, przy tym — bo stoję oparty o barierę — przychodzi mi do głowy przykra i nerwowa myśl, że ta bariera może być źle przymocowana. Co mi jest? Brr... spać!