Denerwował go porządek i system. „Tak, wtedy to były czasy! Pierwszorzędna żołnierka. Napijmy się panowie!”

Wyciągnął butlę z winem pomarańczowym. Napiliśmy się, pogawędziliśmy jeszcze o nieważnych kwestiach, zbliżało się południe, zabieraliśmy się do odejścia. Pożegnałem smutną blondynę — panią Wójcikową — i wyszliśmy na ścieżkę. Uwięzione cielę odprowadziło nas pustym wzrokiem, strzygąc uszami. W kapuejrze zatrzeszczało; pisnęło i wyłoniły się dzieciaki. Na przekór pogłoskom o żmijach i tygrysach.

— Wynoście się do chałupy! — krzyknął Wójcik. — Albo nie, chodźcie z tatkiem odprowadzić panów.

Wracałem rozmarzony wycieczką i winem. Zupełnie, jakbym odwiedził kogoś na wsi pod Warszawą, tylko tutaj bardziej prymitywnie. Taki ten świat, wszędzie jednaki. Wójcik przewiózł nas na drugi brzeg; na czworakach wdrapaliśmy się po pochyłości, Wójcik odjeżdżał, dzieciaki wychyliły się z łódki, ręce zanurzyły w wodzie... Wójcik odpychał się drągiem, fajka mu sterczała spod wielkiego kapelusza, cichutko się oddalali, pomachaliśmy kapeluszami, przestaliśmy się widzieć.

— No, zdobyliśmy lokomocję, byle dalej, byle naprzód — mówił Grzeszczeszyn, kiedyśmy pięli się pod górę.

— A tak, to pan dobrze urządził — odparłem sapiąc.

— Przy Grzeszczeszynie pan nie zginiesz! Wytrwale przeprowadzę pana przez ten kraj wszerz i wzdłuż!

Miał rację, będę się go trzymał, o ile mi nie będzie wyczyniał różnych szpryngli psychologicznych. Na razie aura między nami. Wyszliśmy na ścieżkę i po chwili minęliśmy pierwsze budynki. Tam, w lesie, było dość chłodno i przytulnie, ale teraz weszliśmy znów w teren zamieszkały, a więc śmierdzący, zakurzony, prażący się pod słońcem szarzyzną chałup. Wszystko było wydeptane i ziejące sennym odrętwieniem, niby te kury zagrzebane w piasku. Minęliśmy rozkraczoną dziewczynę, niemrawe czupiradło, łuszczące kukurydzę na przyzbie. Grzeszczeszyn mało nie wpadł w krzak banana, tak się zapatrzył w ledwie majaczącą tajnię jej krocza. Kiedy go chwyciłem za ramię, spojrzał na mnie ślepkami w słup i na policzkach miał rumieńce.

— Ale też, flądra, panie — żeby tak siedzieć w biały dzień... No to, no to... zajdźmy chyba do Suchodolskiego?!

Weszliśmy do chłodnego wnętrza wendy, za ladą stał nieruchomo Srokoń i ruchami au ralenti76 mierzył jakiś pstry perkal. Pokazał palcem, że Suchodolski jest w salonie, przy czym uśmiechnął się do mnie zagadkowo.