— Jak się ma pański chłopiec? — zagadnąłem go, przechodząc obok odchylonej deski w ladzie.

Chwilę uświadamiał sobie moje słowa i odpowiedział tym samym uśmiechem:

— A, on pana bardzo lubi po tym gołębiu... niech pan do nas zajdzie wieczorem, to zagramy w sześćdziesiąt sześć.

Obiecałem przyjść i przeszedłszy pracownię apteczną wszedłem do saloniku, gdzie Suchodolski siedział w leżaku z wyciągniętymi nogami i czytał „Illustration”.

— A, to panowie — wyszeptał bez entuzjazmu. — Siadajcie, szimaronu, co? Widziałem, żeście szli w stronę rzeki, pewnie z wizytą do Wójcika? O, to fantasta, to fantasta, takich ludzi jest mało. Sziko, przynoś no wody na szimaron! Zatem siadajcie! Słyszałem, że tam panów wczoraj odwiedziła delegacja? To hunctwoty i pijaki! Tak się ci ludzie marnują tutaj... Pan rzeczywiście ma fach w ręku! Trafić tak kamieniem w ptaka... rzeczywiście — zdumiało nas to!

Siedziałem zasłuchany i z niewyraźnym uśmiechem na ustach. Małomówny stałem się w tej Brazylii. Zastanawiając się tak nad samym sobą, skonstatowałem, że starałem się podczas tych wszystkich wizyt mówić jak najmniej. Może trochę przesadzałem, mając tych wszystkich ludzi za tak nieciekawych, że nie warto do nich mówić! Suchodolski zdawał się to zauważyć, bo powiedział:

— Niech pan coś opowie, my tutaj nie tacy dzicy; widzi pan, czytam po francusku, prenumeruję tu trochę pism z Polski... o, „Tygodnik Ilustrowany”, „Ilustrowany Kurier Codzienny”...

— Czuję się nieco otumaniony tą podróżą i raczej nastawiony jestem, by słuchać, a nie mówić — odpowiedziałem mu szczerze.

Pogładził dłonią włosy i na przegubie zaszemrały wisiorki przy bransoletce.

— Tak, trochę pana rozumiem; teraz pan to wszystko przejmuje w siebie. Może pan sobie poogląda albumy z fotografiami, a ja tymczasem przejdę z panem Grzeszczeszynem do apteki, bo mnie prosił o zastrzyk malaryczny. Panu radzę brać chininę, pan Grzeszczeszyn już dawno nabył malarii. — Wyszli.