Gdy przeglądałem album, uderzyła mnie przeważająca ilość fotografii nagich chłopaków, w grupach i pojedynczo, bez spodenek. Zwłaszcza jedno zdjęcie przedstawiało Suchodolskiego w otoczeniu kilku chłopców, stojących po kolana w wodzie. No cóż! Upały tu musiały doskwierać nieraz silnie, rzeka pod bokiem — dziwne to znów takie nie jest. Przejrzałem, odłożyłem album na stolik. W otwartym oknie lekko porusza się firanka, zdrzemnąć by się, czy co... Wrócili, usiedli, Grzeszczeszyn trzymał się za lewą rękę, Suchodolski mówił, wygodnie rozwalony; agent jakiejś faktorii:
Nie jestem bardzo rad, że pan tu przybył, bo może pan tę miejscowość ukazać w niepochlebnej formie swoim czytelnikom, a jednak w tej pozornej ospałości coś się dzieje; słyszał pan wczoraj, że walczą, a walka jest twórcza... chodzi nam o podniesienie poziomu życia tutejszego kolonisty, należy go wychować, uzyskałem pewne wpływy, posiadam plan... Gdyby też postarał się pan to zrozumieć!
— Obawiam się, że przypisuje mi pan zbytnie zainteresowanie się tymi sprawami, a w gruncie rzeczy są mi one dalekie — odpowiedziałem. — Jeśli będę opisywał, to tylko swoje wrażenia i rzeczą czytelnika jest wierzyć mi lub nie. Wolę nawet, aby mi pan nie wyjawiał swego planu, bo ja przejadę tędy, wrócę do kraju i na pewno zapomnę o szczegółach.
— A przecież musi pan zebrać pewien materiał literacki?
— Z ogólnych wrażeń wyciągnę wnioski i będzie to w moim pojęciu najrzetelniej przedstawiony obraz, nie mogę się niczym sugerować.
Bawił się sygnetem na palcu. Nasza rozmowa miała charakter sztucznej powagi. Po co?
Wstałem, aby się pożegnać. Suchodolski zdawał się być zawiedziony. Chciał pewnie, pod pretekstem wyłuszczenia pewnych spraw, przedstawić swoją działalność i władzę. Żegnam się i wychodzę razem z posykującym Grzeszczeszynem. Szpila, jaką mu zaaplikował Suchodolski dawała mu się ciągle we znaki. W wendzie kupił dwie garści cukierków, pakował je do kieszeni ze zbolałą miną. Srokoń jeszcze raz zaprosił nas na wieczór.
— To porządny chłop, ten Suchodolski, szepnął Grzeszczeszyn, kiedyśmy wlekli się niby dwaj maruderzy przez upalną pustkę placu.
Bezwolnie pozwoliłem się zaprowadzić do szkoły. Weszliśmy do sali. Stachurski rysował figury geometryczne na tablicy, dzieci wstały i grzecznym chórem odpowiedziały nam: „Dzień dobry!” Usiedliśmy przy stole nauczycielskim. Przed sobą mieliśmy rzędy główek dziecięcych koloru słomy, a tylko tu i ówdzie czerniły się łepki mieszańców lub też po prostu brunetów; przeważało jednak „blond”. W lewych rzędach ławek jarzyły się wesołe ślepka wpatrzonych w nas dziewcząt; w prawych — dziwne — siedziały ponure i nieufne chłopaki. Z lewej patrzano na nas ironicznie, z prawej krytycznie. Zapanowało milczenie. Byłem bardzo zażenowany. Wleźć jak intruz podczas lekcji nie wiadomo z jakiego tytułu i nadziać się na czterdzieści par wyczekujących spojrzeń... nie jest to przyjemne. Spojrzałem na Grzeszczeszyna i trochę się uspokoiłem, bo zauważyłem, że to on jest centralnym punktem tych spojrzeń. Właśnie wstał z krzesła. Jasna czupryna nieomal zakrywała mu uszy i strzępiła się na kołnierzu koszuli khaki.
— No, dzieciaki! pogadamy sobie trochę. Podobam wam się czy nie?