tam się zwiesza gałąź chora.

W tym bezmyślnym spustoszeniu

tak się wszystko odmieniło,

że aż słońce w przerażeniu

chmurką sobie twarz zakryło.

A dzieciarnia objedzona,

ocierając czoła w pocie,

słodkim łupem objuczona

myśli wreszcie o odwrocie.

Bo pan brat im tak powiada: