Stary wieśniak, ten sam, co jej już raz nocleg proponował, zdjął teraz przed nią czapkę i zapytał:

— Jakże będzie, panienko? Pójdziecie chyba ze mną, bo tutaj nie możecie czekać do rana. Przeziębniecie jeszcze, a widzi mi się, żeście chorzy.

Helenka ujęła jego rękę i ścisnęła z wdzięcznością.

— Dziękuję wam, mój przyjacielu, za waszą dobroć — rzekła serdecznie — ale widzicie, ja muszę dziś być w mieście. Idźcie do domu i nie troszczcie się o mnie; ja tu zaczekam. Widzicie te berlinki65 stojące tam na prawo? Każda z nich posiada przynajmniej dwie łodzie. Zobaczą mnie i przyślą tu jedną.

Zaczęła powiewać białą chustką i wkrótce od strony statków wysunęła się łódź na środek rzeki i skierowała ku brzegowi. Helenka, dotąd trzymająca się na nogach, gdy ujrzała nareszcie zbliżający się cel swoich życzeń, ową łódź mającą ją przewieźć, uczuła, że ją siły opuszczają. Tyle wzruszeń i trudów przebytych jednego dnia podcięły ten wątły organizm i wyczerpały go, a rozmowa z Ofmanem dopełniła miary. Chwiejnym krokiem weszła do łodzi i gdy kilka uderzeń wiosła oddaliło ją nieco od brzegu, szare kręgi zaczęły się zataczać przed jej oczyma i padła zemdlona na ręce wioślarza.

XXIV

Gdy się przebudziła, oczy jej długo błądziły po otaczających ją przedmiotach, zanim przyszła do świadomości, gdzie się znajduje. Leżała na łóżku, na miękkich, wygodnych poduszkach i doznawała wrażenia, jakby od czasu do czasu łóżko to razem z miejscem, na którym stało, kołysało się lekko. Ciemno już było i tylko ogień, palący się w małym żelaznym piecyku, którego drzwiczki były na pół odemknięte, rzucał trochę światła na niski, półokrągły sufit z drzewa malowanego białą olejną farbą, na miniaturową szafkę z naczyniami stołowymi, na kanapkę i na stolik stojący między dwoma łóżkami, wreszcie na lustro wiszące nad kanapą i kilka małych ściennych obrazków. Wszystko to niepojętym sposobem mieściło się na sześciu najwyżej łokciach kwadratowych przestrzeni, a z taką utrzymane było starannością, że ten kawałek podłogi froterowanej, na której najwięcej odblasku palącego się ognia padało, błyszczał jak zwierciadło.

Gdy oczy jej powoli oswoiły się z tym półświatłem, poznała, że się znajduje w kajucie na berlince. Gdyby miała jaką wątpliwość, utwierdziłyby ją w tym dwa malutkie, kratami żelaznymi opatrzone okienka umieszczone po bokach, przez które widać było poruszające się lekko fale wody przy świetle księżyca.

Chciała wstać, ale tak była osłabiona, że nie mogła podnieść głowy od poduszki — dała więc pokój próżnym usiłowaniom. Wiatr ustał, a powietrze tak się uspokoiło i złagodniało, że choć drzwi kajuty były otwarte, żaden powiew oziębiający czuć się nie dawał. Wszystko wróżyło pogodę. Przez te drzwi otwarte Helenka ze swego łóżka widziała małe, drewniane, na stopę wąskie schodki prowadzące na pomost i niemłodą kobietę w czepku, przewiązanym czarną chustką nad czołem, krzątającą się koło wieczerzy. Miała ona widocznie pod pomostem swoje zapasy śpiżarniane i większe naczynia gospodarcze, bo otwierała kilkakrotnie i zamykała jakieś drzwiczki wsunięte w głąb statku. Promień księżyca padał z boku na sam środek tego wąziutkiego korytarzyka i pokazywał jeszcze konewkę z błyszczącymi obręczami i kilka stołków.

Woń gotowanej zupy i kartofli ze słoniną rozchodziła się w powietrzu. Helenka widziała, jak kobieta postawiła stołek przy schodkach, na stołku miskę i wyłożyła na nią z garnka ugotowane kartofle; jak postawiła obok niej drugą miskę z zupą, położyła dwie łyżki i zawołała z cicha, ale wyraźnie na kogoś drugiego. Widocznie przez wzgląd na gościa, zajmującego niespodzianie kajutę, wieczerza miała się odbyć na świeżym powietrzu. Wkrótce ciężkie, ale ostrożne kroki słyszeć się dały nad głową Helenki i wysoki, kościsty mężczyzna zeszedł po schodkach. Twarzy jego nie można było widzieć, bo ceratowy daszek czapki do połowy ją zasłaniał, tylko wydatne szczęki i płaskie, szerokie piersi, będące cechą plemienną mieszkańców północnych Niemiec.