— Jaka ty jesteś śmieszna, Berta! Na co on ma szukać szlachcica daleko, kiedy tego tu ma blisko. Do szlachcica musiałby jeździć, upominać się, czas tracić i jeszcze by go często nie zastał, bo lata po świecie, a pana Oreckiego ma pod bokiem.

Helenka podniosła się i usiadła na łóżku, żeby lepiej słyszeć.

— Ale to jest niesprawiedliwie! Mein Gott, to bardzo niesprawiedliwie, żeby ten musiał oddawać pieniądze, co ich nie pożyczał, a ten, co je pożyczał, chodził sobie swobodny! Ach, biedny człowiek...

— A kto mu kazał ręczyć?

— To prawda — odrzekła kobieta — on bardzo nierozsądnie zrobił.

— To było zrobione głupio — zadecydował mąż — to jest taki dobry człowiek, że każdy z nim zrobi, co chce, a na interesach tak się zna jak baba na wojnie.

— Ale pewnie będzie wolał zapłacić niż dopuścić do licytacji?

— Co ty gadasz? Z czego on zapłaci, kiedy piekarz mi mówił, że już drugi miesiąc nie płacą mu za bułki.

— Taki piękny majątek i tak zmarnować. Co to za ogród, jaki dom, co za śpichrze!

— Nie widziałaś to, jakeśmy zimowali w jego przystani, co tam zawsze przychodziło różnych włóczęgów po wsparcie? A on ani pytał, kto i skąd, tylko ręce trzymał w kieszeni a dawał. A co my im to naprzywozili z Prus aksamitów, materii, szkła, porcelany i różnych różności! Pamiętasz ten serwis, coś go to między węgle schowała, jakeśmy przejeżdżali przez komorę66? Przy takim gospodarstwie jeszcze większy majątek stracić można. Kto nie umie rachować, ten zbankrutować musi.