Berta patrzyła kolejno to na mówiącą, to na męża, ciekawa, co on powie — a ze wzroku jej było widać, że nic nie miała przeciwko temu, żeby polska dziewczyna została jeszcze przez noc pod jej dachem. Nie mogła ona oderwać oczu od tej postaci wiotkiej, od jej twarzy pięknej, bladej, z rozpalonymi gorączką oczyma.

Szyper wyjął fajkę z ust.

— Nie mogę dzisiaj pannie dać łodzi — odpowiedział — bo już noc, a po rzece pływają kawały drzewa; mogłyby w łódkę uderzyć i przewrócić.

— Księżyc świeci — zauważyła.

— Księżyc świeci nie dość jasno — odpowiedział. — Nie, nie, nie dam dziś pannie łódki. Jutro rano za to, jak tylko słońce wzejdzie, każę pannę odwieźć.

— Dobrze — odrzekła po chwilowym wahaniu.

Szyper patrzył przez chwilę na córkę narodu przeznaczonego na zagładę i kto wie, czy wspomnienie Liny nie stanęło mu na myśli, bo odszedł nie dopiwszy swego kufla bawara.

Berta zapaliła wiszącą naftową lampę w kajucie, a potem przyniosła zupy na głębokiej fajansowej miseczce i, położywszy przy niej kawałek chleba, namawiała Helenkę, żeby jadła choć trochę, ale dziewczę podziękowało jej stanowczo, choć łagodnie. Nie chciało jej się jeść, a choćby nawet głód czuła, nie mogłaby na sobie przemóc, żeby po wszystkim, co słyszała, rozłamać chleb z tymi ludźmi. Lekki swąd wydzielający się z żelaznego piecyka sprawił jej ból głowy: zapragnęła odetchnąć świeżym powietrzem i wyszła po schodkach na pokład. Było ono rzeczywiście bardzo łagodne, a lekki wiatr chłodził przyjemnie jej twarz i głowę.

„Tam — myślała zapuszczając tęskny wzrok w dal — tam mieszkają moi rodzice i nie śpią pewnie w tej chwili, bo sen odbiera im myśl, że mają się stać pastwą człowieka obcej narodowości. A ja tu goszczę u jego brata z rodu, tymi samymi, co tamten, przenikniętego dążnościami szkodliwymi... Czemu wody te polskie dźwigają statki niemieckie z polskich zbudowane lasów? Czyż nigdy nie wrócą te czasy, w których polska marynarka handlowa nie tylko rzeki nasze pokrywała, ale i przez morskie tonie ziarno nasze złote dalekim a głodnym woziła ludom, a groźbą dzielnego oporu hamowała najezdnicze zamachy żeglarzy północy72?”

Przy sterze była umocowana mała wystająca deska. Usiadła na niej i patrzyła w zamyśleniu na obszar wód szeroko rozlanych, na fale kołyszące się łagodnie i błyszczące przy świetle księżyca. Środkiem rzeki, jak okiem zasięgnąć, stały tratwy długim szeregiem: na tratwach paliły się ognie, a wiatr aż do statku przynosił woń dymu i strawy, którą sobie przy nich gotowali ludzie. Przy ogniu widać było ich postaci ruszające się żywo, budki słomiane, służące im za mieszkanie, a woda odbijała ten obraz razem z niebem iskrzącym się gwiazdami. Te wody były dokładnym obrazem jej duszy: jak tam, tak tutaj było ciągłe falowanie nadziei i zwątpienia, gwałtownych uniesień i nagłego spokoju, buntu i rezygnacji. Dojeżdżając do M. mówiła już sobie, że wszelkie wysilenia w celu niedopuszczenia do katastrofy będą daremne i że trzeba będzie, jak mówił Andrzej, poddać się konieczności, ale przypadkiem posłyszana rozmowa szypra z żoną wstrząsnęła najgłębsze tajniki jej duszy i obudziła głuche wrzenie, przy którym nie mogło już być mowy o rezygnacji.