„Gdyby nie moje zemdlenie — myślała — już bym od dawna znajdowała się w domu, ale siły mnie tak nagle opuściły, że woli zabrakło czasu do zapanowania nad ciałem. Andrzej by mnie zganił za moją słabość. Ale gdyby nie ten wypadek, nie byłabym się dowiedziała, jakie są zamiary Ofmana, i że jemu nie tyle o dług idzie, ile o posiadanie gruntu, z którego chce zrobić jeden więcej posterunek Kulturkampfu... Prawdę mówi przysłowie: Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”.

Rozumiała teraz dobrze znaczenie słów Ofmana wyrzeczonych do niej w złości: „Popamiętacie wy mnie, ty i twój ojciec, głupia, harda dziewczyno”. Wiedziała, że nie będzie ich oszczędzał i że narażając73 go sobie pogorszyła jeszcze sprawę.

— Nie mogłam zapanować nad sobą, nie mogłam — szepnęła — to było silniejsze ode mnie.

Od strony tratew dał się słyszeć odgłos fujarki: jakiś flisak grał piosenkę, którą Helenka słyszała dziś rano w ogrodzie pułkownika.

Już tam ojciec do swej Basi

Mówi zapłakany:

Słuchaj jeno, pono nasi

Biją w tarabany.

Marsz, marsz!

Pieśń płynęła po wodzie czysta i donośna, a wybrzeża słuchały jej ciche i milczące. I Helenka wsłuchiwała się w nią chciwie. Była to ta sama melodia, co posiadała czarodziejską siłę rozgrzewania zwątpiałych i zesłabłych. Starzy ludzie powiadają, że przy jej dźwiękach szli w ogień jak do tańca, a padali z uśmiechem na ustach.