I deszcz ożywczy potokami spłynie,
Laur nową silą odżyje wspaniale.
Świeże listeczki gałązki odmłodzą...
Na statku ludzie powoli zaczęli się ruszać, zwijano liny i gotowano się do odpłynięcia. Berta napaliła ogień i krzątała się koło śniadania. Szyper stał na pokładzie i wydawał rozporządzenia. Z jego rozkazu odczepiono łódź i przeniesiono do niej podróżny worek Helenki. Żegnając się z tymi ludźmi, podziękowała im raz jeszcze za gościnność i wręczyła Bercie rubla. Kobieta, poczuwszy pieniądze w dłoni, uczuła jednocześnie w sercu jakby markotność i stała chwilę wahająca się i niepewna, czy je ma zatrzymać, czy zwrócić — ale nie chciała robić ślicznej panience przykrości przez pamięć biednej Liny i wsunęła je do kieszeni — bo też to i słusznie im się za nocleg należało. Jednakże, gdy Helenka siedziała w łodzi, markotność jej stała się jeszcze większa i rzekła do męża:
— Słyszysz, August, mnie się zdaje, że my nie powinniśmy byli brać od niej pieniędzy, kiedy tam taka bieda i Ofman ma ich licytować!
— Nie bądź głupia, Berta — odrzekł z flegmą — u nich pieniądze nic nie znaczą, a ty z jednego rubla zrobisz dwa! Nie weźmiesz ty, weźmie kto inny. Lepiej, kiedy pieniądz jest u takiego, co go szanuje, niż u takiego, co nie wie, co z nim zrobić.
— No, to jest prawda — odrzekła niby uspokojona, ale markotność nie ustąpiła z serca i tak jej było, jakby się musiała czegoś wstydzić.
Słońce posuwało się tymczasem coraz wyżej i pokazawszy w całym blasku błękit, zasypywało ziemię blaskami szafirów, opali, złota i purpury. Łódź płynęła powoli, a ptaki leciały przed nią, dotykając piersiami powierzchni wody i świergocząc. Mijali teraz tę część wybrzeża, gdzie stał długi szereg budynków fabrycznych z czerwonej cegły, zabezpieczony od wylewu porządnym, mocno zbudowanym bulwarkiem. Wysokie kominy buchały kłębami dymu, a przez okna budynków widać było oślepiający blask ognisk, które nie gasły nigdy; słychać było warczenie kół, huk młotów, świst piszczałek, jęczenie pasów skórzanych. Helenka słuchając tych odgłosów mówiła sobie, że gdy Ofman postawi tartak na gruncie jej ojca, to tak ciągle rozlegać się będzie zgrzyt piły krającej drzewo kupowane za bezcen... Głuche wrzenie na nowo powstało w jej piersi i rozogniło policzki.
— Boże! — szepnęła podnosząc wzrok ku niebu — wiem, że szmat ziemi mojego ojca jest mały i nic nie znaczący, bo ledwie włókę obejmuje, ale przysięgam, że zrobię wszystko, co będzie w mej mocy, a nie dopuszczę, aby się dostał w ręce tego Niemca. Wiem, że siły moje są słabe, ale pragnienie moje jest mocne... Wspieraj mnie. Panie, i nie dopuść do mego serca żadnej słabości, która by mnie odwiodła od mego celu!