Smutnie wyglądała posiadłość pana Marcina: bale w bulwarku gniły, a ziemia sypała się przez nie do rzeki; schodki prowadzące do wody ruszały się jak klawisze, a parkan ogrodu był tak przezroczysty, jakby kto w nim umyślnie porobił otwory dla wentylacji. Ale nic dziwnego: komu z blisko mieszkających biedaków potrzeba było drzewa naprędce, a nie miał go pod ręką, to szedł wyciągać deski z parkanu, nie zawsze czekając z tym do nocy. Pan Marcin, gdy to przypadkiem zobaczył, wymyślał i klął straszliwie: „Ty taki, owaki, zrób no tak jeszcze raz, to zobaczysz, że cię wsadzę do kozy!” Ale zwymyślany odchodził spokojnie ze zdobyczą, wiedząc, że pan Orecki ma zbyt dobre serce, aby dotrzymać słowa. Nieraz pan Marcin wołał na pomoc stróża — ale zawsze dopiero wtedy, kiedy amator jego własności był już daleko — i w duchu prosił Pana Boga, żeby go stróż nie dogonił.

Brama od ulicy była na oścież otwarta: ludzie, co tu mieszkali, nie lubili ani rachować, ani zamykać.

Gdy łódź przybiła do brzegu, była dopiero godzina piąta. Helenka zapłaciła przewoźnikowi i wziąwszy swój worek w rękę, szła przez dziedziniec. Wiedziała, że drzwi wchodowe znajdzie otwarte, miała zamiar zapukać z cicha do kuchni, gdzie spały służące, a następnie poszukawszy klucza od swego pokoju udać się na górę, gdzie miałaby czas wypocząć i przebrać się, zanim pobudzą się rodzice. Ale posłyszał ją pies śpiący przed progiem i zerwawszy się, z radosnym skomleniem, skoczył jej na piersi i zaczął lizać po rękach i twarzy.

— Jak się masz! Jak się masz, mój stary, wierny przyjacielu! — szepnęła obejmując go. — Poznałeś mnie? Tęskniłeś za mną? Nie miałeś z kim chodzić na spacer, prawda?

Ale pies już nie słuchał. Jak strzała popędził do domu i zaczął dobijać się do drzwi kuchni gwałtownie, a gdy mu służąca otworzyła, sunął wprost do sypialnego pokoju państwa Oreckich; oblizał twarz pani Marcinowej, nie zważając na jej protest, a z pana Marcina, który miał sen twardszy, ściągnął kołdrę i, usiadłszy przy nim, gniewnie szczekał. Potem znowu jak strzała wyleciał i wrócił z tryumfem, poprzedzając swoją młodą panią.

W mgnieniu oka zrobiło się w domu gwarno; wszyscy powstawali, rodzice wyrywali sobie nawzajem dziecko dawno nie widziane. Przez chwilę nikt nie mógł przemówić słowa, bo wszyscy płakali — tylko pies siedział na środku pokoju, bił w podłogę ogonem i poszczekiwał, jakby chciał powiedzieć:

„Bardzo proszę nie zapominać, że i ja tu jestem! ”

Gdy pierwsze uniesienie minęło, nakryto do śniadania i przyniesiono samowar. Kucharka — bo reszta służby już była odprawioną — postawiła na stole bułki, chleb i masło, a pani Orecka, patrząc na tę skromną zastawę, rzekła z westchnieniem:

— Nie będziesz miała co jeść, moje dziecko. Nie miewamy teraz w domu ani szynki, ani biszkoptów, a na kredyt tak ciężko dostać... — dodała ciszej. — Ale gdybyś była nas uprzedziła, że przyjedziesz...

Helenka otworzyła swój worek podróżny i z tryumfem rozłożyła na stole dwie kuropatwy w papierze, chleb wiejski, pomarańcze i postawiła przy nich butelką wina. Zabrano się wesoło do uczty, która niegdyś tyła dla nich bardzo zwyczajną, a dziś wydawała się prawie wspaniałą.