Córka zastała rodziców bardzo zmienionych. Oczy matki nosiły ślady łez często wylewanych, a zmarszczki dookoła ust pogłębiły się; ojcu policzki zapadły, uśmiech wprzód dobroduszny przybrał jakiś bolesny wyraz — a wychudł pan Marcin tak straszliwie, że gdy oparł na stole rękę, na której była tylko skóra i kości, córce łzy się w oczach zakręciły.
Matka opowiadała Helence, że od czasu jak komisarz sądowy pokładł pieczęcie na meblach, ojciec zapadł w apatię, z której nic wyrwać go nie mogło, i jeżeli nie patrzył w okno i nie bębnił swojego marsza na pustym stole w kantorze, to albo odmawiał koronkę do Przemienienia Pańskiego, albo chował ręce głęboko w rękawy, wsuwał się w fotel i drzemał.
— Nie masz wyobrażenia, moje dziecko, cośmy tu wycierpieli! — mówiła pani Orecka, trzymając w palcach udko kuropatwy — co nas nadręczył ten Ofman ciągłym łażeniem na pięty! Nie było jednego tygodnia, żeby tu nie był upominać się o swoje, jak powiada. „Swoje! ” Mój Boże, czyśmy to dla siebie pożyczali? Wchodzi bez meldowania i pakuje się wprost do pokoju, tutaj, tu, w zabłoconych butach! Rozsiada się jak u siebie, nie czekając, aż się go poprosi, i gada impertynencje. Ach, ten ojciec i ten ojciec! co on narobił! A mówiłam: nie ręcz za nikim, żebyś nie potrzebował płacić!
Pan Marcin słuchał spokojnie tych oskarżających go słów. Od pewnego czasu słyszał je tak często, że się już do nich przyzwyczaił.
— I taki ordynarny Niemiec śmie do mnie mówić po prostu: „moja pani, moja pani”, jak do swej równej. Mówiłam mu parę razy, żeby tu nie przychodził; bo ja sobie nie życzę go widzieć, a on na to: „Moja pani, niech mi pani odda moje pieniądze, to ani zajrzę!” Jakbym ja miała jego pieniądze! Ostatni raz, gdy wszedł aż do sypialnego pokoju szukając ojca, a ja byłam jeszcze nie ubrana, powiedziałam mu, że go każę służbie wyprowadzić, a on na to z flegmą: „Moja pani, mnie się zdaje, że to pani się wyprowadzi, a ja tu będę mieszkał”. Ach, to ostatnia pasja człowieka bierze! Ty jeszcze nie wiesz, Helciu, że on chce wziąć od ojca ten dom w długu i dopłacić do niego, ale ojciec nie chce; a jednak byłby to jedyny sposób uniknięcia licytacji... Jak pomyślę, że nasze rzeczy będą wynoszone z domu przez tych okropnych ludzi, sprzedawane na środku rynku wobec wszystkich znajomych, u których dotąd uchodziliśmy za ludzi zamożnych, gdy pomyślę o ich spojrzeniach pełnych politowania, szeptach i uśmiechach, proszę Pana Boga, żebym nie doczekała tego wstydu. O! ja tego nie przeżyję!...
Kostka od kuropatwy wypadła z ręki pani Marcinowej, poniosła chustkę do oczu i wybuchnęła płaczem. Pan Marcin nie mogący znosić widoku jej łez rzucił nóż, którym się bawił, i załamał ręce z taką siłą, że aż stawy zatrzeszczały.
— Mateczko — szepnęła Helenka — większym wstydem byłoby oddać ziemię Niemcowi; fakt, że cierpimy z powodu niesumiennego człowieka, dla niego jest hańbą, nie dla nas. Co zaś do naszych znajomych, to się przekonają, że się mylili mając nas za bogatych, i nic więcej.
— Tak — podchwycił pan Marcin — tak, Helenka ma słuszność. Niemiec nie będzie gospodarował na moim gruncie, nie!
Matka spojrzała na córkę szeroko otwartymi oczyma. W jej słowach, w jej głosie, w jej zachowaniu się uderzyło ją coś, czego dawniej w niej nie bywało i czego, wyjeżdżając, z pewnością stąd nie zabrała. Był to jakiś nowy, nie znany dotąd w domu żywioł. Pani Orecka nie wiedziała, co to było, ale sercem matki odgadła, że córka powracała inna, niż wyjechała. Wpatrywała się w nią badawczo i spostrzegła, że ów wdzięk słabości, zdaniem jej najwięcej pociągający w kobiecie, zniknął w niej bezpowrotnie: że rozproszył się także urok naiwności dziecięcej, kapryśnej nieco, z którą jej było tak do twarzy. Rysy nabrały powagi, usta, dawniej rozchylone uśmiechem, zamykała jakaś stanowczość. Dawniej zachwycała tylko, teraz było w niej coś, co kazało ją szanować.
Życie przesunęło po niej swoją szorstką rękę — a choć dotknięcie to zadało jej bolesne rany, ale uleczyło kalectwa duszy; szlachetne kruszce, kryjące się w jej głębi, wypaliły się w ogniu cierpienia. Oczy dawniej pozbawione wyrazu, jeżeli ich nie ożywiła wesołość, jaśniały teraz blaskiem dawniej niebywałym. Co było jeszcze lekkomyślnego w duszy dziewczęcia, to w dniu wczorajszym, obfitym w głębokie wzruszenia, niepowrotnie uleciało. Była to już kobieta rozumiejąca warunki życia kraju i znająca swój do niego stosunek. Wiedziała, dokąd idzie i czego chce. Nic tam już nie drzemało, wszystko było rozbudzone.