Pan Marcin patrzył przez chwilę na córkę, a w umyśle jego odbywała się niemała praca; nareszcie rysy twarzy drgnęły mu lekko i rzekł:

— Dobrze, napiszę ci ten list jutro.

— Nie, ojczulku, trzeba go napisać jeszcze dzisiaj.

— A to na co? Jeżeli stary umarł przedwczoraj, to dziś jest pogrzeb. Działy nie mogą być wcześniej jak jutro. Będzie więc dosyć czasu na napisanie listu.

— Jutro już trzeba działać, ojczulku; dziś wszystko musi być przygotowane.

— Dobrze — powtórzył pan Marcin przymykając oczy — tylko się trochę zdrzemnę.

— Ojcze! ojcze! — prosiła Helenka kładąc mu rękę na ramieniu — nie można tej sprawy odwłóczyć. Trzeba ten list napisać zaraz. Za godzinę wyjeżdżam.

— Co, chcesz dziś jeszcze jechać — wyszeptał pan Marcin podnosząc na nią senne oczy — ale ja na to nie pozwolę! Przyjechałaś i chcesz znowu odjeżdżać? Olaboga, laboga! Słyszysz, matka, Helcia chce już odjechać! Jakże pojedziesz, kiedy most jest zerwany?

— Tak jak tu przyjechałam. Znajdę łódź, co mnie przewiezie.

Helenka przedstawiła matce swój plan i pani Orecka, choć zasmucona, że będzie musiała rozłączyć się z córką po tak długim niewidzeniu, nie sprzeciwiała się. I tak po kilku godzinach pobytu w domu rodziców Helenka odjechała, wziąwszy od ojca na wyjezdnym obietnicę, że nazajutrz rano pojedzie do pana Dońskiego dopominać się o zwrot pięciuset rubli.