Powzięła zamiar rozmówienia się z notariuszem S. Już kładła rękę na klamce drzwi, prowadzących do jego kancelarii, ale cofnęła się po namyśle.

„Nie — rzekła do siebie — nie powinnam z nim samym mówić, bo, chcąc od niego zasięgnąć wiadomości o Teckim, musiałabym powiedzieć, dlaczego mnie interesuje; a on nie powinien nie tylko wiedzieć, ale nawet domyślać się, kto jestem, bo mógłby go ostrzec o moim przybyciu. Pismo święte mówi: Bądźcie niewinni jako gołębie, ale roztropni jako węże”.

Niebezpieczeństwo uczyniło ją ostrożną i przewidującą.

W tej chwili otworzyły się drzwi kancelarii i wyszedł z nich woźny z pliką papierów pod pachą.

— Czy notariusz S. jest jeszcze? — spytała zachodząc mu drogę.

— Jest, ale zaraz wychodzi na śniadanie. Jeżeli pani ma do niego interes, to niech się pani spieszy, bo nie wróci aż za godzinę.

Helence nie było więcej potrzeba na teraz. Wróciła do swego siedzenia w zagłębieniu muru i czekała, aż notariusz S. opuści kancelarię. Odprowadziła go, jak tamtego, wzrokiem do schodów i gdy jej zniknął z oczu, weszła do kancelarii, gdzie powtórzyła się przytoczona już wyżej rozmowa.

— Czy zastałam pana S.?

— Tylko co wyszedł.

— Bardzo żałuję.