— Gdzie ona mieszka?
— W swoim domu. Numer ma pani na wyciągu hipotecznym wypisany; ulica Zielona.
— Dziękuję panu bardzo.
Wychodząc z gmachu sądowego nie patrzyła już na liczne grupy osób stojących w sieni i na chodniku: nie wiedziała, że jej młodość, piękność i malujące się na twarzy wzruszenie zwracały powszechną uwagę. Nie szła, ale biegła na wskazaną ulicę, ściskając mocno w ręku upragniony dokument. Chciała wziąć dorożkę, ale nie spotkała żadnej próżnej: wszystkie były zajęte. Gdy stanęła nareszcie przed domem noszącym znany jej już numer hipoteczny, nie czuła prawie tchu w piersiach. W bramie siedział na ławie stróż i sporządzał miotłę, pęk rózeg leżał koło niego.
— Czy w tym domu mieszka pani Łucka? — spytała.
— Tutaj — była odpowiedź — na pierwszym piętrze, w oficynie.
— Pan Tecki, brat jej, jest w domu?
— Wyjechał.
— Wyjechał?... — powtórzyła, a głos jej uwiązł w gardle.
— Powróci jutro na obiad — mówił dalej stróż, biorąc w zęby koniec sznurka, który rozplątywał — bo pan nie do Komnat pojechał, ino na polowanie do pana barona.