Dziewczę odetchnęło. Wyszła z bramy wolnym krokiem i zwróciła się w stronę hotelu. Nie było jeszcze nic straconego, skoro on miał powrócić jutro. Uczuła głód i przypomniała sobie, że to czas obiadu i że prócz szklanki herbaty nic jeszcze dzisiaj nie miała w ustach. Ale woreczek jej, mocno już nadszarpnięty datkiem dla dependenta, nie pozwalał na jedzenie formalnego obiadu w hotelu, bo choć miała jeszcze trochę pieniędzy, roztropność nie kazała ich wydawać do ostatka, nie wiedząc, co się zdarzyć może. Było ich zresztą tak mało, że jeżeli nie zobaczy Teckiego i będzie musiała jechać do Komnat, sprzeda chyba zegarek. Wstąpiła do mleczarni79 napotkanej po drodze, wypiła dwie szklanki mleka, zjadła przy tym kawałek chleba i zapłaciła za to tylko piętnaście groszy. Skromny to był posiłek, ale zadowolił ją w zupełności. Od czasu wyjazdu z Warszawy pierwszy raz dopiero jadła z apetytem, a nie pamiętała, żeby jej co kiedy tak smakowało.
Była dopiero godzina pierwsza po południu; miała czasu przed sobą dosyć, więc wolnym krokiem wracała do hotelu. Przechodząc koło antykwarni80 przystanęła na chwilę i zaczęła czytać tytuły książek rozłożonych w okiennej wystawie. Pomiędzy tymi książkami była jedna trochę grubsza od innych, mająca na grzbiecie napis następujący: „Ustawy sądowe, obowiązujące w guberniach Królestwa Polskiego”. Oczy jej zatrzymały się na tej książce czas dłuższy, a w myśli stanęły jej słowa Teckiego: „Kobiety nie powinny się mieszać do interesów, których nie rozumieją”. Wyjęła z kieszeni portmonetkę, przeliczyła pieniądze i kupiła tę książkę. Kosztowała ją nadspodziewanie tanio z powodu zniszczonej okładki i braku kilku kartek końcowych. Dziwnym zbiegiem okoliczności wyczytała na kartce tytułowej nazwisko kolegi swego ojca, którego daremnie szukała: widocznie książka była kiedyś jego właśnością. Wydało się to Helence prawdziwym zrządzeniem Opatrzności i w dobrym, prawie wesołym usposobieniu wróciła do hotelu.
Całą resztę dnia i połowę nocy spędziła na czytaniu, a choć sucha treść książki zmęczyła ją wkrótce i znudziła, mimo to nie rzuciła jej. Wola panowała już w niej nad chęciami. Czytała i odczytywała po kilka razy ustępy dotyczące położenia ojca, chociaż pot spływał kroplami z jej czoła, a oczy zamykały się do snu, chociaż z początku nic zrozumieć nie mogła. Powoli na te niezrozumiałe rzeczy padać zaczęły słabe światełka i dowiedziała się wszystkiego, co chciała, a niektóre artykuły umiała prawie na pamięć. Teraz już nikt nie mógł powiedzieć, że miesza się do tego, czego nie rozumie.
XXVII
Tecki miał przyjechać około południa dopiero, ale Helenka już o dziesiątej rano była na stanowisku. Ten sam stróż, co wczoraj miotłę sporządzał, zamiatał chodnik na ulicy. Powtórzyła się wczorajsza rozmowa.
— Czy pan przyjechał?
— Przyjechał, ale go nie ma w domu. Wyszedł na miasto.
Helenkę coś w gardle ścisnęło. Przez głowę przebiegła jej myśl, że Tecki dowiedział się, iż ona go śledzi, i umyślnie wyjechał, żeby uciec przed nią, ale zobaczyła na dziedzińcu powóz, w którym kilka dni temu odbyła podróż ze stacji kolei do Komnat — i uspokoiła się. Przez chwilę zastanawiała się, co ma z sobą zrobić: oddalać się od tego domu nie mogła, a czekać w mieszkaniu siostry Teckiego nie chciała także, bo mógłby ją zobaczyć z drugiego pokoju i umknąć. Stać lub przechadzać się po ulicy niepodobna było, bo to zwróciłoby uwagę ludzi. Gdy tak oglądała się za miejscem, z którego dom ten mogłaby obserwować spokojnie, wzrok jej padł na mały, niepozorny sklepik z wiktuałami naprzeciwko bramy. Nie namyślając się weszła do sklepiku. Znajdowały się tam różnego rodzaju przedmioty, stanowiące potrzeby uboższej ludności, a więc różne gatunki mąki i kaszy w woreczkach, śledzie marynowane w słojach szklanych, cytryny, sól, mydło, bułki, chleb różnego kształtu i wielkości; były i wiązki drzewa, jedne na drugich ułożone. Za stołem siedziała niemłoda kobieta w czyściutkim perkalowym czepcu na głowie, z twarzą pulchną, rumianą i poczciwie patrzącymi oczyma. Robiła pończochę, a duży kłębek bawełny leżał przed nią na stole.
Helenka kupiła dwie bułki, kilka obwarzanków, a gdy sklepikarka to wszystko zawinęła w czystą szarą bibułę i obwiązała sznurkiem, powiedziała jej otwarcie, że ma interes do kogoś, co mieszka w tym domu naprzeciwko, a teraz wyszedł do miasta, i prosiła, żeby jej pozwoliła u siebie zaczekać. Sklepikarka usłyszawszy te słowa obrzuciła podejrzliwym spojrzeniem proszącą, ale szlachetna jej postawa i wyraz troski malujący się na twarzy dziewczęcia chwyciły ją za serce. Wyniosła z drugiej izby stołek i postawiła tuż przy drzwiach szklanych, wychodzących na ulicę.
— Niech sobie panienka odpocznie, bardzo proszę — mówiła ścierając kurz fartuchem, w duchu zaś dodała: „Smutne jakieś biedactwo, pewnie ją kawaler opuścił i na niego tak oczekuje”.