Wzięła się na nowo do swej pończochy, rzucając od czasu do czasu ciekawe na dziewczę spojrzenia. Z początku milczała przez delikatność, ale po chwili uczuła tak silne świerzbienie na końcu języka, że nie mogła dłużej wytrzymać.
— A na kogo to panienka czeka? — odważyła się nareszcie zapytać, kładąc drut między zęby.
— Na złego dłużnika — odpowiedziała Helenka z prostotą.
„Oho! — rzekła do siebie poczciwa kobieta — zobaczymy, jak ten dłużnik wygląda; pewnie ma dwadzieścia lat i ładne wąsiki”.
W tej chwili przez ulicę kroczył poważnie szpakowaty mężczyzna średniego wzrostu, z rękami zanurzonymi w kieszenie paltota. Helence serce mocno bić zaczęło na jego widok. On zniknął w bramie, a ona wybiegła ze sklepiku, zapomniawszy nawet skinąć głową sklepikarce, która jej tak chętnie dała u siebie schronienie — i pośpieszyła za nim do bramy, postępując w odległości kilku kroków.
Tecki minął dziedziniec i zaczął wstępować na piętro po schodach, które były wąskie i ciemne. Helenka szła za nim na palcach, prosząc Boga, żeby jej nie spostrzegł prędzej aż przestąpi próg swego mieszkania — i tak się też stało. U drzwi przystanął i ona stanęła. Wyjął klucz od zatrzasku z kieszeni, zakręcił, otworzył i wszedł, a ona za nim. Dopiero teraz spostrzegł, że nie jest sam.
W przedpokoju panował zmrok, ale drzwi z niego otwarte były do salonu.
— Kto tu? — zawołał ostro i prawie z gniewem.
Helenka postąpiła ku drzwiom salonu i ukazała mu się w pełnym oświetleniu. Tecki cofnął się o krok, a zdumienie, malujące się na twarzy jego, było tak silne, że graniczyło prawie z przerażeniem.
— Witam pana, panie Tecki — rzekła ze swobodą, której się sama dziwiła, bo aż do tej chwili serce jej biło z obawy i niepewności — zdajesz się pan być zdziwionym moim widokiem, chociaż zapowiedziałam panu w Komnatach, że zobaczymy się wkrótce.