Nastąpiła chwila ciszy.

— Bardzo mi przykro — zaczął Tecki — że okoliczności...

Przerwał mu łoskot otwierających się drzwi i wbiegł czternastoletni może chłopiec.

— Wuju! — zawołał, nie widząc siedzącej w salonie osoby — przyniesiono zamówiony przez wuja kosz szampana i dwie kopy ostryg. Wino kazałem tymczasem wstawić do lodu, ale mama się pyta, jak prędko przyjdą ci panowie.

— Idź do diabła! — krzyknął Tecki głosem piorunującym, a chłopiec przelękły, który teraz dopiero zobaczył gościa, ukłonił się niezgrabnie i wycofał szybko.

Helenka podniosła się.

A więc pan masz jednak pieniądze na szampana dla swoich przyjaciół, a nie masz ich na zapłacenie długu — przemówiła z ironią, a głos jej słaby z początku, rósł w siłę i dźwięczność coraz bardziej. — Zajadasz pan ostrygi, wiedząc, że mój ojciec z pańskiej winy nie ma pod dostatkiem chleba... i śpisz pan przy tym spokojnie, i masz odwagę patrzeć ludziom w oczy? O, panie Tecki, jakże pan jesteś nikczemny!

Tecki porwał się jak oparzony.

— Przestań pani, na miłość Boską, bo jestem człowiekiem gwałtownym i mógłbym popełnić coś takiego, czego bym potem żałował całe życie! Jestem winien, wiem o tym... jestem nawet bardzo winien, ale nie mam teraz pieniędzy. Zapłacę jednak, przysięgam, że zapłacę, jak tylko będę mógł...

— Zapłacisz pan, gdy już będzie za późno, a tymczasem zlicytują mego ojca... Nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje.