Tecki chciał podać jej rękę, ale usunęła swoją i szła ku drzwiom.
— Zaczekaj pani! — zawołał — nie mam wprawdzie teraz pieniędzy, ale za kilka miesięcy siostra moja wypłaci mi pewną sumę, a wtenczas...
— Wiem o tym, ale to już nie uratuje mego ojca. Nie mogę czekać kilku miesięcy, bo po tygodniu już będzie za późno. Żegnam pana. Na próżno po dwakroć kołatałam do pańskiego serca. Nie ma go w pańskiej piersi, nie ma!...
Tecki po odejiciu Helenki chodził długi czas zamyślony po pokoju i gryzł wąsy. Dziewczyna ta rzuciła mu w twarz ciężką obelgę, a przecież zmuszony ją był podziwiać. Ile ona starań przedsięwzięła, ile trudów poniosła, żeby uratować ojca, i wszystko na próżno!... A jak gorąco przemawiała, jak go błagała! Nie mógł zapomnieć wyrazu boleści, z jaką na niego spojrzała, gdy jej kwity pokazał. Oczy jej były prawie błędne. Jej młodość, szlachetność i energia wzruszyły go. I on miał także córki...
Zasiadłszy z gośćmi do stołu, nie tknął ani ostryg, ani upolowanych przez siebie jarząbków i słonek, które tak lubił, tylko szampana pił, wychylając kieliszki jeden po drugim, jakby chciał zagłuszyć wyrzuty sumienia. Niejednego już zarwał w swoim życiu, ale nikt jeszcze nie zdołał go tak głęboko poruszyć jak ta dziewczyna. Marcin może być dumnym z takiej córki!
Helenka miała siły podczas całej swej z Teckim rozmowy, ale gdy zamknęła za sobą drzwi, poza którymi zostały jej nadzieje, siły te tak zesłabły, że musiała usiąść w bramie, bo nogi się pod nią uginały, a ona sama drżała jak w febrze. Wiedziała już, że licytacja musi się odbyć i że nic jej nie odwoła, ogarnęło ją więc śmiertelne znużenie i zniechęcenie. Świeże powietrze orzeźwiło ją trochę; wyszła na ulicę, a sklepikarka, która wyglądała na nią przez szyby, wybiegła naprzeciw niej i włożyła jej w rękę zapomniany pakiecik z bułkami i obwarzankami. Chciała jej zadać kilka pytań, ale spojrzawszy na twarz dziewczęcia dała pokój i, pokiwawszy tylko głową, odeszła.
Helenka szła powoli w stronę hotelu, odpoczywając co chwila, bo się bardzo męczyła.
„Nie wolno mi być słabą — powtarzała sobie — bo nie mam nikogo, co by mi pomógł lub poradził. Nauczono mnie, że tylko na siebie liczyć mogę... Precz więc z boleścią, która odurza umysł i sercu odbiera męstwo!”
Ale człowiek może znieść tyle, ile może. Podczas gdy usta dziewczęcia to mówiły, strumień łez wytrysnął z jej oczu. Świeże doświadczenie, którym ją życie dziś obdarzyło, wsączyło w jej serce palący jad goryczy. Wszystkie cierpienia, jakich doznawała dotąd, wszystkie próby nie mogły iść w porównanie z tym, co czuła w tej chwili, bo to było poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Zapłakała gorzko. Rozbudzono w jej sercu miłość dla społeczeństwa, a oto przekonała się świeżo, że nie wszyscy są godni tej miłości, że raczej im się należy wzgarda. Nie była jeszcze o tyle dojrzałą, żeby się wznieść do tej wysokości, w której człowiek, patrzący uważnie na życie i znający niedoskonałość ludzkiej natury, nie w samym winowajcy szuka źródła winy, ale w warunkach jego wychowania i w społeczeństwie, w jakim żyje; do tej wysokości, w której człowiek staje się surowy dla siebie, ale pobłażliwy dla drugich i powtarza chętnie wzniosłe słowa Marka Aureliusza: „Wszystko zrozumieć, jest to wszystko przebaczyć!”
Na placu, przy którym stał hotel, był skwer zasadzony drzewami, a pod ich cieniem stało kilkanaście ławek. Tam usiadła i odpoczywała dopóty, dopóki łzy jej nie przestały płynąć; gdy się jej trochę lżej zrobiło, wielkim wysiłkiem woli otrząsnęła się z ogarniającego ją coraz bardziej zniechęcenia i usiłowała zebrać myśli, żeby coś postanowić. Licytacja musiała być. Nie dało się jej usunąć, więc trzeba się było na nią zgodzić: szło już tylko o to, żeby Niemcowi gruntu nie dać. Ale sprzedaż ruchomości rodziców nie przyniesie więcej nad tysiąc rubli, a Ofmanowi należało się dwa tysiące! Jeżeli Doński odda pieniądze, które winien, będzie brakowało jeszcze tylko pięciuset. Dla tak małej kwoty Niemiec ma zostać panem domu jej ojca! Ale i grosz jest wielką sumą, gdy go nie ma, a cóż dopiero pięćset rubli...