— Doński jest w miłości szczęśliwy — szepnął ktoś — panna prezesówna zagięła na niego parol, chociaż jest wdowcem i ma dorosłą córkę.
Wszyscy się roześmieli, panna prezesówna bowiem miała lat przeszło pięćdziesiąt.
Wszyscy tak byli grą zajęci, że nikt nie słyszał bryczki zajeżdżającej na dziedziniec i nikt nie spostrzegł, że drobna, wątła postać dziewczęca stała w progu. Gdy śmiech obecnych ucichł, zabrzmiał w salonie głos czysty, dźwięczny i pełen jakiejś uroczystej powagi.
— Który z panów jest gospodarzem tego domu?
Goście zwrócili oczy ku drzwiom, gdzie stała panna Orecka w swej skromnej, ciemnej sukience, a niespodziane jej zjawienie się, jej szlachetna i pełna godności postawa wprawiła ich w zdziwienie. Wszyscy powstali.
— Który z panów jest gospodarzem? — spytała powtórnie, spoglądając kolejno po obecnych.
Wtem zadrżała i serce jej uderzyło szaloną radością; zobaczyła Stefana! Nie była już sama teraz, miała obrońcę, który niezawodnie stanie przy niej i poprze jej sprawę. Spojrzenia ich skrzyżowały się, ale Helenka nie znalazła w oczach młodzieńca tego, czego szukała: wyrażały zdziwienie i zakłopotanie wobec tego niespodziewanego spotkania i nic więcej... Stefan nie biegł jej witać, nie pytał, po co tu przyszła sama jedna... Na ustach dziewczęcia osiadł pogardliwy uśmiech. Wiedziała już, że nie może na niego rachować, a ból, jakiego doznała, zamiast odebrać jej siły, dodał ich tylko jeszcze. Chciała mu pokazać, że się potrafi obejść bez niego.
— Chcę mówić z panem Dońskim — powtórzyła raz jeszcze.
Gospodarz postąpił ku niej i złożył jej ukłon głęboki.
— To pan? — spytała mierząc go od stóp do głów.