Chciała dać odpowiedź odmowną, ale obawiała się, aby to unikanie bliższego z nim zetknięcia nie wprowadziło go na jakie domysły, więc przyjęła ramię w milczeniu. Czas jakiś szli, rozmawiając o rzeczach obojętnych, ale rozmowa urywała się co chwila. Słychać było tylko śpiew Wojciecha:
Nawet i cyprysy
mają swe kaprysy,
że się przed zefirem nie ugną.
Lecz przyjdą te chwile,
że się ugną mile
i wzajem na siebie mrugną.
Wasindźkaś okrutna,
srodze bałamutna;
z wierzchu kondemnaty91,