niech tych tur-tur-tur nie znoszę.

Wasindźkaś okrutna,

srodze bałamutna;

nawet i turkawki

mają swe zabawki.

A pfe, mościa panno, być taką!

Andrzej właśnie o czymś przekonywał Helenkę, coś jej mówił po cichu, o coś prosił, gdy stanęła przed nimi pani Radliczowa.

— Nareszcie cię znajduje, moje dziecię — rzekła zwracając się do panny Oreckiej z serdeczną w głosie troskliwością. — Od godziny szukamy cię wszyscy i niepokoimy się o ciebie! Nie piłaś herbaty, skarżyłaś się na ból głowy, wyszłaś do ogrodu na chwilę tylko, a nie wracałaś do nas długo... Wysłaliśmy po ciebie Andrzeja, ale ten niedobry chłopak i zguby nie znalazł, i sam przepadł, i jeszcze trzyma cię tu na rozmowie wśród chłodu i wilgoci. O nierozważny chłopcze, czyż nie wiesz, że to jest organizm wątły i delikatny, i że co tobie nie szkodzi, ją może o chorobę przyprawić?

Helenka słuchała jej z radosnym wzruszeniem. Musiała jednak mieć dla niej trochę serca ta kobieta nie lubiąca próżnych słów i używająca ich nadzwyczaj oszczędnie, prawie skąpo, skoro się tak o nią troszczyła... Ale jak też ona przyjmie wiadomość o postanowieniu syna?

— Mateczko — rzekł uniewinniając się Andrzej — prawda, że wysłałaś mnie po pannę Helenę dawno, ale gdy się idzie szukać żony, nie wraca się tak prędko jak z pierwszą lepszą zgubą... Przedstawiam mamie moją narzeczoną.