Że jesień wichrzy lub śniegi prószą?
Ty na promykach zapachów fali,
W pieluchach marzeń, drzym sobie, duszo!
W miarę, jak czytała, coraz mocniejszy rumieniec występował na jej lica, aż przybrał prawie barwę purpury. Głowa jej pochyliła się, jakby przygnieciona uczuciem wstydu, a usta kilkakrotnie powtórzyły pytanie:
— Dokąd ja idę? Dokąd ja idę?
W umyśle, nie przyzwyczajonym do zgłębiania, zrobił się chaos. Myśli, jak ptaki długo w klatce trzymane i nie umiejące używać skrzydeł a niesforne, zrywały się, podlatywały bez jakiegokolwiek bądź ładu i opadały na powrót, znużone nową, nie znaną sobie pracą. Jakieś słabe brzaski zaczęły świtać w jej głowie i rozjaśniać ciemności zasłaniające jej oczy, a z nimi widok ziemi, po której chodziła, ale na którą dotąd nie chciała patrzeć. Wszystko jednak było mętne i niewyraźne.
W salonie nie było już nikogo. Helenka nie spostrzegła nawet, kiedy i jak wszyscy wyszli. Pan Radlicz nie pokazywał się, ale też już nie pragnęła go widzieć. Nie miała do niego żadnego interesu, bo kto inny powiedział jej to, o co pytać chciała.
Drzwi skrzypnęły i wszedł służący.
— Czego chcesz? — spytała nierada, że jej przeszkadzają.
— Pan kazał mi ten fotel zanieść na górę — powiedział, chcąc go zabrać.