— Nie trzeba — rzekła lekko brwi ściągając — możesz odejść.
Franciszek odszedł, wzruszając nieznacznie ramionami, a ona ścisnęła głowę obiema rękami i wyszeptała raz jeszcze:
— Dokąd ja idę?
XIII
W niedzielę powiedziała sobie, że choćby ją najbardziej namawiano na spacer, nie pójdzie do ogrodu, żeby uniknąć przypomnienia smutnej przygody z ubiegłej niedzieli — ale nikt jej nie namawiał, bo na dworze był mroźny wiatr, rzucający śniegiem jakby piaskiem w oczy i zapierający oddech. Nikt nie myślał o spacerze. Spędzano czas na gawędce i czytaniu w salonie. Helenka się do gawędki nie mieszała, bo czuła urazę do wszystkich za śmiech wczorajszy, a czytanie nie zajmowało jej dzisiaj. Nie mogła się zdobyć na potrzebne do czytania skupienie myśli i uwagę. Cokolwiek bądź wzięła w rękę, wszędzie widziała wielkimi literami wypisane pytanie, nurtujące ją od wczoraj. Jeden tylko fortepian ciągnął ją do siebie, fortepian podobny jak dwie krople wody do jej własnego fortepianu, przy którym chwile spędzone uważała zawsze za najmilsze. Wstała, zbliżyła się do niego i dotknęła kilku klawiszów. Pan Radlicz rad, że ją nareszcie coś interesuje, rzekł podnosząc oczy od gazety:
— Może pani zagrasz nam cośkolwiek? Prosimy bardzo.
— Prosimy, prosimy — powtórzyło kilka głosów.
Helenka skorzystała chętnie z zaproszenia, jako z pierwszej sposobności popisania się tym, co umiała. Na pulpicie leżała rozłożona sonata Beethovena; była to właśnie sztuka, nad którą pracowała najwięcej i umiała ją prawie na pamięć. Beethoven nie był jej kompozytorem ulubionym, bo tylko poważni, zdolni do głębszego myślenia ludzie umieją odczuć takiego mistrza i pokochać go — a ona grywała tylko salonowe, eleganckie kompozycje. Że jednak czytywała i słyszała, jak ludzie o Beethovenie podniośle się wyrażają, jak cenią artystów grywających jego utwory, więc i ona postanowiła spróbować tego autora, a chociaż jej nie smakował, wypracowała jedną z sonat, aby i ona także mogła się Beethovenem popisać. Zagrała ją i zdawało jej się, że gra lepiej niż kiedykolwiek, że sama siebie przewyższa. Raz rzuciła sponad fortepianu badawcze spojrzenie na swoich słuchaczy, jakby chcąc widzieć wrażenie grą swoją sprawione, ale nic odgadnąć nie mogła — nie wątpiła jednak, że było głębokie.
Skończywszy spuściła oczy, oczekując w skromnej postawie na poklask i pochwały, jakie ją zawsze w M. po odegraniu jakiejś sztuki spotykały — ale echo ostatnich akordów umilkło, a cisza była jeszcze w salonie. Biorąc tę ciszę za objaw silnego wzruszenia, podniosła nieśmiało oczy, a lekki rumieniec twarzyczkę jej okrasił. Ciszę przerwał nareszcie głos pana Radlicza, który znał się na muzyce, bo będąc niegdyś uczniem uniwersytetu niemieckiego w Lipsku, uczęszczał w wolnych chwilach na studia muzyczne.
— Grasz pani dosyć biegle — powiedział bez najmniejszego cienia zachwytu — ale nie rozumiesz wcale Beeihovena. Nie poznałby się wielki mistrz, gdyby panią posłyszał.