Gdyby piorun wypadł z jasnego nieba, nie byłby Helenki więcej zdumiał i przeraził. Ona nie rozumiała Beethovena? Ona, której artyzm wynoszono ponad niebiosa i która, biorąc raz udział w koncercie amatorskim na rzecz ubogich miasta M. , zarzucona była kwiatami? Czy słyszał kto co podobnego? Bladość śmiertelna zajęła miejsce rumieńca, zdobiącego ją przed chwilą. Chciała przemówić, ale głos zamarł jej w gardle. Z niemałym wysiłkiem zdołała zaledwie wyjąknąć:

— Ja nie rozumiem Beethovena?

Pan Radlicz widząc wrażenie, jakie słowa jego na niej sprawiły, położył gazetę, którą w ręku trzymał, i zbliżył się do fortepianu.

— Moje dziecko — przemówił łagodnie — niech cię nie zraża to, co powiedziałem. Masz niezaprzeczone zdolności do muzyki, ale żeby je rozwinąć należycie, potrzeba trzech rzeczy: duszy, duszy i jeszcze raz duszy! Czytać biegle nuty i mieć łatwość w palcach, to nie dosyć.

„Duszy? — rzekła do siebie machinalnie Helenka — więc ja jej nie mam? Więc tamten wczoraj prawdę mówił?”

— W Beethovenie — mówił dalej pan Radlicz — jest spokojna, świadoma siebie siła; jest głębia przejrzysta, mimo kilkowarstwowej najczęściej brzemienności; jest uczucie, wywiązujące się z refleksji czy zadumy i wykrywające niepowszednie duszy porywy; jest prostota i trzeźwość, mimo bogactwa kombinacji i niezwykłych wywodów z tematu, który się zdaje nadawać tylko do utrzymania słuchacza w obojętności. Słowem, jest w Beethovenie cały świat myśli i uczucia; myśli wzniosłych i głębokich, uczucia, które goreje i rozpłomienia słuchacza. Cechy te najsilniej się objawiają w symfoniach na orkiestrę, w dziełach do muzyki kameralnej należących, jak duety, tria, kwartety itp.; wreszcie w sonatach na sam fortepian. Wszystko to dostojne, pełne znaczenia, a niejednokrotnie i bogatej charakterystyki. Oto, co ja widzę w Beethovenie. Pani mało jeszcze znasz życie, co się zdarza w ogóle młodym osobom, ale nie masz i przeczucia, boś nie zajrzała jeszcze w głębię własnego ducha, jako mało dotąd rozbudzonego. W grze pani, jeśli znać pragnienie, jeśli znać już poszukiwanie, to znajdziesz pani to tylko, co na samym wierzchu leży, jak kwiat wonny o barwach uroczych — ale nie przypuszczasz pani nawet, że coś się dzieje z jego liśćmi, łodygą, a nade wszystko korzeniem, który już sam jeden czyni możliwym istnienie kwiatu i dostarcza soków całej roślinie.

Helenka słuchała z uwagą słów pana Radlicza, a choć mu za nie była wdzięczna, bolało ją bardzo, że zganił ją tak publicznie wobec całej rodziny. Co też oni wszyscy myśleli sobie teraz o niej? Niezawodnie śmieli się w duchu z jej niepowodzenia. Chciała ich olśnić swoim talentem, tymczasem naraziła się na śmieszność... Straszne rozczarowanie! Dobrze, że choć Andrzeja przy tym nie było — miałby nowy powód do wyśmiewania się z niej. Pan Radlicz zabrał się na nowo do czytania, a ona, chcąc uniknąć z kimkolwiek rozmowy, stanęła przy oknie i patrzyła na drzewa, stojące wzdłuż alei dwoma rzędami, oraz na gałęzie ich, pokryte szronem i błyszczące przy świetle latarni.

Andrzej, nieobecny do tej pory, przyszedł teraz, usiadł na jej miejscu przy fortepianie, spojrzał na nuty rozłożone na pulpicie i zaczął grać tę samą sonatę, którą ona grała przed chwilą. Zrazu Helenka nie słyszała nic prócz tętna własnej krwi wzburzonej i rozdrażnionej! Po chwili jednak zaczęła przysłuchiwać się tonom, odbijającym się dotąd martwo o jej uszy, i w miarę, jak słuchała, wzburzona krew płynęła w żyłach spokojniej, falowanie nerwów łagodniało, a do duszy wstępował łagodny spokój, kojący ból i rozdrażnienie. Słuchała coraz baczniej, a słuchając dziwiła się temu, co słyszała. Byłaż to ta sama sonata, którą znała tak dobrze, jak jej się zdawało? Andrzej wydobywał z niej rzeczy dziwne, potężne rzeczy, jakich się nawet nie domyślała, że się tam znajdują.

„I ten prozaiczny człowiek umie tak grać? — mówiła do siebie — to dziwne...”

Podano herbatę, lecz Helenka nie miała ochoty w niej uczestniczyć, wolała iść do siebie. Chciano ją zatrzymać, ale wymówiła się znużeniem i potrzebą wczesnego spoczynku. Brała już za klamkę, gdy pani Radliczowa podała jej lichtarz mówiąc: