— Oto jest świeca pani, panno Orecka. Zostawiłaś ją pani na górze palącą się, a ja ją zgasiłam i przyniosłam tutaj, bo uważam za niepotrzebne, żeby świeca paliła się, gdy nikogo nie ma w pokoju. Gdy pani w nim jesteś i pracujesz, to zapal sobie nawet cztery świece, żeby ci było jaśniej, nie mam nic przeciwko temu — ale po co się światło ma palić niepotrzebnie? Może pani chcesz świecę zaraz zapalić? Zapałki tu są.
Helenka spojrzała na nią wzrokiem martwym, wzięła lichtarz i, wyszeptawszy machinalnie słowo: „przepraszam”, odeszła. Wiedziała już teraz, kto jej codziennie gasił świecę.
„Nie, ja nie zniosę takiego życia — mówiła do siebie chodząc po swoim pokoju, gdzie nikt jej nie słyszał i gdzie mogła dać folgę wezbranym uczuciom — nie chcę zakopać się jak w grobie w tym domu, tak podobnym do klasztoru lub więzienia, gdzie moja duma cierpi tak boleśnie, gdzie na każdym kroku upokarzają mnie, szydzą z mojej słabości i dają mi nauki, o które nie proszę! Jak to! Mam dopiero lat siedmnaście i już miałabym się wyrzec wszystkiego, do czego młodość daje prawo, i zabijać się moralnie wypisywaniem tych przebrzydłych cyfr, o których nigdy nie mogłam myśleć bez wstrętu? Ależ ja chcę żyć! używać! bawić się! Chcę powietrza, przestrzeni i swobody, robienia tego, co mi się podoba, a nie tego, co muszę!... Nienawidzę tego okrutnego rygoru i żelaznej logiki tych ludzi, którzy pojedyncze osoby czynią odpowiedzialnymi za losy narodów!”
Jak ptak nawykły do swobodnego lotu szarpie się w klatce, chcąc rozbić jej ściany, choćby miał skrzydła o niego połamać, tak biedna „księżniczka” rzucała się w ścianach swego pokoju, który uważała jako więzienie. W domu tym pełnym ludzi czuła się samotna i opuszczona, niby Robinson Kruzoe na bezludnej wyspie. Ale Robinson korzystał z odkryć, jakie czynił, i urządzał sobie podług nich życie, a ona gardziła odkryciami, porobionymi w dziedzinie myśli i prawdy życiowej. Robinson przyzwyczaił się do swojej wyspy i kochał ją nawet, a ona czuła, że znienawidzi raczej swoją, niż przyzwyczai się do niej kiedykolwiek. Tydzień próby dostatecznie ją o tym przekonał. Robinsona odkrycia jego podnosiły, cieszyły i dodawały mu otuchy, a jej odkrycia działały na nią przygnębiająco, odbierały jej swobodę, żywość, humor, wiarę w siebie, słowem, wszystko. Pełniła, co jej kazano, ale nie kładła w swoją pracę ani cząstki duszy, tylko wykonywała ją mechanicznie, jakby istotnie nie była niczym innym, tylko prostym kółkiem w maszynie — a ten przymus przytłumił na chwilę jej żywy temperament. Ale to było tylko pozornie; temperament ten odezwał się teraz z podwójną gwałtownością. Wybuch wywołało napomnienie pani Radliczowej z powodu świecy — a choć to był tylko mało znaczący drobiazg wobec tego, co już zniosła, stał się jednak kroplą przepełniającą naczynie.
Przycisnęła płonące czoło do szyby, lecz lodowate jej zimno nie ochłodziło go bynajmniej. Dziedziniec pogrążony był w mroku, ale niebo iskrzyło się gwiazdami tak samo jak owej nocy, kiedy, obwołana królową balu, odbierała hołdy młodzieży i podbiła serce najpiękniejszego w okolicy młodzieńca. Była to noc tryumfów i upojeń! Wydało jej się, że słyszy jeszcze orkiestrę, grającą dziarskiego kujawiaka, rzęsiste oklaski patrzących i słyszy fanatyczne okrzyki i toasty, wychylane za jej zdrowie. To było życie! Takim życiem mogła była żyć jeszcze, gdyby była usłuchała matki i przyjęła zaproszenie na bal do barona. Miała już zamówioną tak cudowną toaletę... O, nie wątpiła ani na chwilę, że każdy z tych, co u stryja dobijali się o jeden z nią taniec, o jej spojrzenie, o jej uśmiech i o jej słówko, gdyby tylko chciała, złożyłby chętnie u jej stóp serce i majątek. Ale ona wybrałaby tylko jednego, jedynego, młodzieńca z twarzą boga greckiego, niepodobną w niczym do twarzy tego niemiłego, szorstkiego Andrzeja, nie mającego w sobie nic eleganckiego ani salonowego. O ileż łatwiej i przyjemniej byłoby dojść do celu po woskowanej posadzce, w wesołych podskokach i przy dźwiękach muzyki — niż w pocie czoła zarabiając na kawałek chleba... Była stworzona do szczęścia, nie do cierpienia, do dawania rozkazów, nie do słuchania ich; czuła to. I ona miałaby zagrzebać tutaj swoją młodość i piękność wraz ze swymi pragnieniami i nadziejami? Chybaby rozum straciła! Nie, ona powróci do domu. Dziś jeszcze powie panu Radliczowi, że nie czuje się na siłach do pełnienia dłużej tak trudnych obowiązków. Czyż on sam nie powiedział kilka dni temu, że może jeszcze się cofnąć? Że powinna się dobrze namyślić... Otóż namyśliła się właśnie. Co oni jednak wszyscy na to powiedzą? Jakże wartość jej, i tak już w ich oczach niewielka, obniży się jeszcze! Andrzej z uśmiechem powie: „przewidywałem, że tak będzie”. Sama myśl o tym, że ją, przez wszystkich uwielbianą, on jeden śmie lekceważyć, burzyła wszystką krew w jej żyłach. Ale cóż on ją może obchodzić! Mniejsza o niego i jego zdanie! Lepiej zresztą raz znieść milczącą naganę niż na każdym kroku znosić upokorzenia...
Gdy odchodziła od okna, zamiar jej już był powzięty. Zejdzie na dół i oznajmi o nim całej rodzinie — teraz właśnie, gdy wszyscy siedzą przy stole. Przyjdzie jej to łatwiej niż potem mówić każdemu z osobna.
Zapukano do drzwi i Franciszek podał jej list. Na kopercie poznała pismo matki: rozerwała ją drżącymi rękami i przysunąwszy do światła, zaczęła czytać:
Moja najdroższa Helciu! Od czasu Twego wyjazdu jest nam tu bardzo smutno; oboje z ojcem chodzimy z kąta u kąt i nigdzie sobie miejsca znaleźć nie możemy. Ojciec po całych dniach nic nie mówi, tylko gra swego marsza, a ja przez ten tydzień strasznie zmizerniałam i nerwy mam okropnie rozdrażnione. Ale jak tu mieć nerwy spokojne, kiedy na moją biedną głowę wali się coraz więcej kłopotów! Żyjemy ciągle na kredyt, a tu znikąd nie można się spodziewać żadnego dochodu i nie wiadomo nawet, z czego się będzie długi płacić... Ach, ten ojciec, ten ojciec! Co on nam swoją zbyteczną dobrocią narobił.
— Biedny ojciec! — westchnęła Helenka przerywając czytanie.
Konie jeszcze nie sprzedane. Rozpuściłam pogłoskę, że chcemy sobie inne kupić, i teraz nie możemy się opędzić faktorom. Za nasze dają nam bardzo mało, więc się wstrzymujemy; tymczasem trzeba je żywić, a owies coraz droższy. Powozu nie sprzedam, żebym mogła chociaż czasem przejechać się do kościoła lub na spacer, pożyczywszy koni od kogo, bo chodzenie mnie męczy. Zresztą gdybym zaczęła chodzić piechotą, ludzie by się zaraz wszystkiego domyślili, a ja bym tego nie zniosła.