Helenka słuchała, dziwiąc się, jak tym ludziom nieodstępnie towarzyszyła na każdym kroku myśl o położeniu społeczeństwa, w którym żyli, i poczuwanie się z nim do solidarności. Rodzina Radliczów, choć żyła prawie na ustroniu, nie prowadziła życia odosobnionego, ale odczuwała wszystko, co się dookoła niej działo. Helenka w domu nie widziała nic podobnego. Tam prądy przepływały obok ich rodzinnego ogniska, ale nie przez jego środek; a jeśli które poruszyły struny bolesne w sercach, umysły pozostawały smutne i zniechęcone. Tu nie poddawano się zniechęceniu; zastanawiano się nad przyczynami złego, patrzano niebezpieczeństwu śmiało w oczy i szukano na nie środków zaradczych.

— Jak państwo wszyscy jesteście do siebie podobni — rzekła — podobne słowa słyszałam już od ojca pańskiego i od matki. Co mnie zaś najwięcej zadziwia, to że ani na chwilę nie odstępuje was myśl należenia do ogólnej całości.

— I pani myśl ta z czasem towarzyszyć będzie, bo ona przychodzi do człowieka w miarę lat i nabytego doświadczenia. Dziecko zrazu nie widzi nic prócz siebie; młodzieniec widzi więcej, ale własna osobistość zasłania mu świat cały, który zdaje się być wyłącznie dla niego stworzonym. Ale z każdym upłynionym rokiem życia osobista wielkość w umyśle człowieka razem z jego własnymi sprawami maleje, a wielkość społeczeństwa, jako istoty zbiorowej, wzrasta. Starzec kładący się do grobu, ten sam, który będąc młodzieńcem uważał siebie za środkowy punkt świata, wie, że jest tylko prochem, z którego powstał.

„Z tego wynika — pomyślała Helenka — że ja jestem jak owo dziecko, które nie widzi nic prócz siebie” — i spytała:

— A nieśmiertelność?

— Na nieśmiertelność zarobić trzeba: może ją mieć tylko ten, kto tak się umiał zjednoczyć myślami i uczuciami ze swym społeczeństwem, że cierpiał jego cierpieniem, cieszył się jego radościami, żył jego życiem i umiał się do jego dobra czymkolwiek bądź przyłożyć. Taki, choć umrze, nieśmiertelny jest, bo czyny jego żyją.

Helenka zamyśliła się. Ten człowiek mówił jej dziwne rzeczy... Zaczęła przebiegać w myśli swoje życie i szukać w nim chwil takich, którymi mogłaby sobie zarobić na nieśmiertelność, ale nic nie znalazła. Były tam same zabawy, rozrywki, tańce; były i dobre uczynki, ale te ostatnie ją nic nie kosztowały, bo w kieszeniach rodziców miały swoje źródło. Żeby łzę otrzeć cierpiącemu, nie potrzebowała sobie niczego odmawiać. A praca, której się podjęła dla rodziców, czy dawała jej już do tego prawa? O nie! Czuła to dobrze; praca ta była jej nieznośną, a ona nie była pewną nawet, czy przy niej wytrwa, chociaż szczerze tego pragnęła. Co zaś do zjednoczenia się ze społeczeństwem, w którym się żyje, to jakże to ona zrobić miała? Podniosła na Andrzeja wielkie, szafirowe oczy, pełne niepokoju, i rzekła:

— Zastanawiałam się nad słowami pana o zjednoczeniu się ze społeczeństwem: czy czuć dlań miłość nie jest już zjednoczeniem? Kocham mój kraj.

— Kochasz go, pani?

Błyskawice gniewu strzeliły z oczu Helenki.