Wszedł służący i podał Andrzejowi karteczkę.
— Przepraszam panią — powiedział, rzuciwszy okiem na kartkę — ale przybył dla nas transport z kolei, muszę go odebrać.
Ukłonił się i odszedł. Helenka pozostała sama. Długo stała na tym samym miejscu z oczami utkwionymi w ziemię, a po twarzy jej gorące przechodziły płomienie. Tak więc nisko stoi w jego oczach, że odmawia jej nawet tego, czego się nie odmawia prostemu wyrobnikowi! Jak on śmiał jej to w oczy powiedzieć? Jak śmiał śledzić ją bez jej wiedzy i sądzić? Gdy jego ojciec robił jej uwagi, słuchała go z szacunkiem; gdy jego matka ją strofowała, znosiła to z cierpliwym pobłażaniem; ale żeby młody mężczyzna mógł jej w oczy powiedzieć coś innego jak komplement — to było rzeczą niesłychanie zdumiewającą. Wiele ciężkich chwil przebyła już w tym domu, ale takiej...
Podniosła machinalnie oczy w górę i patrzyła na wspaniały kwiat filodendronu nie widząc ani jego misternych arabesków, ani śnieżnej białości, tak zachwycającej przed chwilą — wzrok jej bowiem zwrócony był w głąb jej własnej duszy. Szukała tam obrony już nie przed tym człowiekiem, który odszedł, ale przed trybunałem własnego sumienia, przed którym stawiała się sama. Ale nie znalazła tej obrony. Wszystko, co on przed chwilą tu powiedział, było prawdą, i to właśnie bolało ją najwięcej. Tak jest; rzeczy błahe zajmowały ją więcej niż poważne, ale nigdy jej nie przyszło do głowy, że to jest dowód obojętności na sprawy publiczne. Teraz dopiero, gdy jej zwrócił na to uwagę, prawda ta stała się jasna dla niej samej.
Wieczorem po skończeniu pracy w kantorze zamiast iść zaraz spać, jak to czyniła zwykle, udała się do biblioteki, gdzie leżały na stole pisma ilustrowane i gazety. Tą razą49 nie szukała felietonów powieściowych, ale artykułów dotąd pomijanych, rozbierających sprawy, o których mówił Andrzej.
Czytała i odczytywała, a to, czego się z nich dowiedziała, wstrząsnęło głęboko jej sercem i umysłem i wywołało szybsze krążenie krwi w żyłach. Andrzej, który w godzinę później chciał wejść do biblioteki i uchylił lekko portierę, zobaczył, jak spomiędzy palców, zasłaniających twarz dziewczęcia, spłynęło kilka łez. Oczy jego zajaśniały radością i oddalił się niepostrzeżony, mówiąc do siebie:
„Przebudzenie duszy drogo ją kosztowało, ale przyszło nareszcie!”
Północ już była, gdy panna Orecka opuściła bibliotekę. Twarz miała bledszą niż kiedykolwiek, a tak była zamyślona, że nie posłyszała delikatnego skrzypnięcia drzwi kantoru ani nie dostrzegła stojącej w nich wysokiej, męskiej postaci, której wzrok odprowadził ją do końca korytarza. Był to Andrzej chcący zbadać, jak też długo posiedzi ona w bibliotece. Szła jak lunatyczka krokiem wolnym, automatycznym, a odblask świecy, trzymanej w ręku, padający na jej twarz, pozwalał widzieć skupiony i zarazem bolesny wyraz tej twarzy. Znalazłszy się w swoim pokoju, stała chwilę przy stole, na którym postawiła świecę, zapatrzona w migający jej płomień, po czym westchnęła i klękła do pacierza. Ale modlitwy, których słowa wymawiała co dzień i prawie machinalnie, plątały się dziś na jej ustach nie przylegając do nich. Klęczała tak czas jakiś z głową wspartą na rękach, wreszcie sięgnęła po książkę do nabożeństwa, ale zamiast niej natrafiła na inną, którą przed kilku dniami przyniosła sobie z biblioteki. Otworzywszy ją, znalazła wiersz następujący:
Orate fratres50
Módlmy się, bracia! — mówi u ołtarza