— Miała nas pani za ludzi bardzo dziwacznych i całkiem do wszystkich innych niepodobnych, niby jakichś średniowiecznych pustelników lub ascetów — rzekła wesoło — a my jesteśmy tylko zwykłymi śmiertelnikami, pracującymi w dzień powszedni, odpoczywającymi w niedzielę i tańcującymi ochoczo, gdy się zdarzy sposobność, w karnawale. Na wszystko jest czas właściwy; żadna z nas nie zaniedbałaby swej codziennej pracy dla zabawy, ale bawimy się chętnie, gdy możemy, bez szkody dla naszych zajęć. Ja na przykład bardzo lubię tańczyć, a moja siostra Anna także.

— A siostra najstarsza, panna Wanda, której jeszcze nie znam?

— Ona nie tańczy od śmierci swego narzeczonego — rzekła z westchnieniem Elżunia — zresztą nie opuściłaby dla zabawy naszego dziadka, którym się opiekuje i który ani chwili bez niej obejść się nie może.

— Czy... i pan Andrzej lubi tańczyć?

— Ach, ten nie tańczy wcale. Powiada zawsze, że jest na to zbyt niezgrabny, i ma słuszność. Zacny, szlachetny chłopak, ale nie salonowiec.

„To prawda” — pomyślała Helenka, a Andrzej jeszcze więcej stracił w jej oczach. Młody mężczyzna nie umiejący tańczyć był dla niej istotą niezupełną. Stefan tańczył tak pięknie.

A więc tańcujący wieczór miał nareszcie przerwać jednostajność tego życia pracowitego, którego dnie podobne były do siebie jak krople wody. Helenka wiele myślała o tym wieczorze, tylko martwiła się, że nie ma świeżej toalety. Kufry jej wprawdzie pełne były eleganckich i kosztownych sukien, ale na pierwszy występ publiczny w Warszawie pragnęła mieć coś nowego, gustownego a oryginalnego. Niestety, ani myśleć o tym było można! Kasa jej była wyczerpaną, a na dnie eleganckiego woreczka leżało już tylko kilka sztuk drobnej monety; zresztą chociażby nawet miała pieniądze na sprawienie sobie odpowiedniego stroju, nie godziło się ich na to używać, czuła to dobrze.

Zdziwiła się też bardzo, gdy na godzinę przed mającą się rozpocząć zabawą Kunegunda przyniosła jej do pokoju list i duże pudło, opatrzone firmą jednego z pierwszorzędnych magazynów warszawskich, z którego matka jej zawsze zaopatrywała w garderobę siebie i córkę. List był z domu i zawierał słowa następujące:

Moja najdroższa Helciu! W tydzień po Twoim wyjeździć nadeszła z Warszawy suknia, którą obstalowałaś sobie na bal u barona. Magazynierka dziwi się, żeś cofnęła obstalunek, i zapytuje, czy przy ostatniej przesyłce nie zadowoliła w czymkolwiek Twego gustu, co by ją bardzo bolało. W końcu dodaje, że toaleta, wykonana z największą dokładnością podług zrobionej przez Ciebie akwareli, jest tak piękną, iż posyła Ci ją, mimo Twej woli, żebyś chociaż zobaczyła, jakie wymyśliłaś arcydzieło. Pewna jest, że zobaczywszy, nie będziesz miała siły odesłać. W przeciwnym razie przyjmie tę suknię chętnie na powrót, bo wie, że łatwo znajdzie na nią kupca. Rzeczywiście, moje dziecko, jest to prawdziwe arcydzieło i nie wiem, czy nawet hrabina K., sprowadzająca sobie suknie z Paryża od Wortha, znalazłaby jej co do zarzucenia. Ten odcień zielonawy jest przepyszny, a ten fantazyjny węzeł z boku niezrównany! Kwiaty wybornie dobrane do koloru Twoich włosów, będzie Ci w nich bardzo do twarzy. Naturalnie nie odesłałam na powrót tych śliczności, ale zatrzymałam je dla Ciebie, bo pisałaś mi, że się dobrze bawisz i że ma być świetna zabawa u państwa Radliczów. Nie masz żadnej zupełnie świeżej sukni, a niepodobna przecież, żebyś wyglądała gorzej od innych. Jak cię widzą, tak cię piszą. Pożyczyłam pieniędzy od Ofmana, w sekrecie przed ojcem, i odesłałam zaraz magazynierce. Że zaś pan F., znajomy nasz, jechał do Warszawy, więc prosiłam go, żeby to pudło z sobą zabrał, bo wysłane pocztą mogłoby na czas nie zdążyć. Kwiaty są prawdziwe paryskie, znać to po delikatności wyrobu; będziesz mogła użyć ich jeszcze raz. Dobre rzeczy, choć drogie, zawsze się opłaci kupować; jest to nawet dobrze zrozumiana oszczędność.

Helenka załamała ręce po przeczytaniu tego listu. Matka pożyczyła pieniędzy od Ofmana na zapłacenie sukni; w sekrecie przed ojcem, który w sekrecie przed matką poręczył Ofmanowi za Teckiego — co za fatalne pokrzyżowanie interesów przyśpieszające ruinę rodziny, a sprzyjające zamiarom tego Niemca względem posesji pana Marcina, zamiarom, które dla ślepych chyba nie były widoczne! I ona to, córka biednego starca, znękanego nieszczęściem, jego jedyne ukochane dziecko, ma przyłożyć rękę do jego ostatecznej ruiny. Matka, nie wiedząca o poręczeniu, nieświadomie stawała się wspólniczką Ofmana — miałażby i ona ze świadomością tego stać się jego wspólniczką także? Dreszcz ją przeszedł.