A jednak nie przyszłoby do tego, gdyby, cofając obstalunek, napisała z całą szczerością modniarce, iż cofa go z powodu, że w położeniu jej zaszła zmiana, zmuszająca ją do wyrzeczenia się balowych toalet na przyszłość. Powodowana fałszywym wstydem, dała za powód błahy, prosty kaprys, który modniarce, mającej do czynienia po większej części z osobami ulegającymi częstym kaprysom, mógł dać do myślenia, że przeminie równie prędko, jak przyszedł — i że młodej damie, odwołującej zamówienie dlatego tylko, że jej się „odechciało być na balu”, zechce się tańczyć na niejednym jeszcze balu do końca karnawału. Kłamstwo, na pozór nieszkodliwe nikomu, ściągnęło jej zgryzotę przytłaczającą teraz jej piersi kamiennym ciężarem. Gdyby chociaż w liście do matki nie była pisała tyle rzeczy dalekich od prawdy o swoim życiu w Warszawie i o przyszłej świetności zabawy, nie będącej wówczas jeszcze nawet w projekcie, matka nie byłaby zatrzymała dla niej tej sukni, bo wiedziałaby, że ona córce na nic się nie przyda. Wieczór — to nie bal jeszcze. Tłumaczyła sobie, że uczyniła to dla sprawienia matce przyjemności, ale był to tylko pozór, pod którym ukrywała się jej własna słabość. Nie miała odwagi napisać do domu całej prawdy i stawić czoła pojęciom będącym tak długo jej własnymi, a teraz zaczynającym się chwiać w swoich posadach... Słabość niewinna na pozór stawała się grzechem ciężkim, bo sprowadzała skutki opłakane.

Przesunęła ręką po czole, jakby chcąc pozbyć się myśli niepokojących i wielce podobnych do wyrzutów sumienia, i zamyśliła się, co robić z tą suknią, która spełniała tak niespodzianie jej niedawne marzenia, a była już zapłacona, więc musiała przy niej pozostać!... Z wolna czysto kobieca ciekawość zajęła miejsce wyrzutów sumienia; ręce z pewną niecierpliwością odkryły wieko pudła.

To, co pani Orecka nazywała arcydziełem smaku, było nim istotnie i o wiele przewyższało rysunek, służący mu za wzór, a leżący teraz na wierzchu. Był to prawdziwy kostium leśnej bogini. Gaza, podobna raczej do mgły niż do tkaniny, przybrana była ciemnymi liśćmi bluszczu, mchem, porostami drzewnymi, paprociami, konwaliami i poziomkami, czerwieniącymi się jak rubiny, a do złudzenia naśladującymi naturę, bo nawet krople rosy, gęsto na kwiatach i liściach błyszczące, były tak świeże, jak gdyby tylko co na nich osiadły. Przy sukni leżała para białych atłasowych bucików, z których każdy ozdobiony był zieloną gałązką; długie, do łokcia sięgające rękawiczki ze stemplem paryskim, girlandą z bluszczu niby bransoletką otoczone — i wachlarz zrobiony z atłasu, gazy, liści i leśnych kwiatów.

Helenka przyglądała się temu wszystkiemu ze znajomością artystki dumnej ze swego pomysłu, oczy jej błyszczały gorączkowo, a na twarz ciemne wystąpiły rumieńce. Wszystkie dawne nałogi odezwały się w niej z siłą tym większą, że tak długo były z konieczności powstrzymywane i tłumione — bo też pokusa była zbyt wielką!...

„Jeżeli suknia jest zapłacona i musi przy mnie pozostać, to czemu nie miałabym się w nią dziś ubrać — mówiła do siebie, usiłując zagłuszyć wyrzuty sumienia. — Czyż zamiast ją więzić w kufrze do śmierci, nie lepiej, nie rozsądniej postąpię czyniąc z niej użytek, na jaki była pierwotnie przeznaczoną?”

Zrzuciła z siebie swoje codzienne ubranie, zniszczone już cokolwiek od pyłu, jaki na nie codziennie z nasion padał, i zaczęła się ubierać w ten strój poetyczny a oryginalny, którego pomysłu istotnie mógł jej pozazdrościć malarz. A gdy ją owinęły obłoki jedwabiu i gazy, gdy poczuła za sobą powłóczysty ogon, nie mający gdzie pomieścić w ciasnym pokoiku całej swej wspaniałości, gdy rozplotła i spuściła na plecy bogate jasnopopielate włosy, ozdobiwszy je girlandą z kwiatów i zieleni, odżyła w niej na nowo cała jej dawna istota, i gdy zapinała paryskie rękawiczki na guziczki z masy perłowej, w pięknej jej główce nie było już miejsca na żadne głębsze myśli. Strój i zabawa zajmowały ją całą. Lusterko z podróżnej toaletki, służące jej do codziennego użytku, okazało się za małe do odbicia tak świetnej toalety. Z pewną niecierpliwością obejrzała się za czymś większym, ale nic podobnego tam nie było.

„Pójdę do salonu — rzekła do siebie. — O tej porze nie ma tam jeszcze nikogo, a jest to jedyne miejsce, gdzie można przejrzeć się od stóp do głów”.

Uwiązawszy wachlarz na białej atłasowej wstążce, wzięła w jedną rękę ogon sukni, w drugą świecę i zeszła ostrożnie po schodach. Zmrok już był i służący zapalał światła w sieni, korytarzu i na schodach. Przemknęła obok niego niepostrzeżona, ale spotkała się oko w oko z Kunegundą, która na jej widok przeżegnała się głośno.

W salonie nie było nikogo i lampy jeszcze wcale nie zapalano. Postawiła święcę na konsoli i zaczęła się sobie przypatrywać, a uśmiech zadowolenia ożywił małe jej usteczka. Rzeczywiście, w tej szacie, podobnej do wstających wieczorem nad wodami oparów, w tych ozdobach z liści i mchów była piękną jak marzenie poety i wypowiedziała to sobie głośno z dumą.

— Istotnie, jesteś pani bardzo piękną — odezwał się tuż przy niej głos dobrze znany, którego dźwięki były zimne, ostre i jakby szyderskie — tak piękną, że każdy artysta uważałby się za szczęśliwego, gdybyś mu służyć chciała za model do obrazu; tak piękną, że nie potrzebujesz wcale balowego stroju, żeby tę piękność uwydatnić, bo nawet w codziennym ubraniu jest ona bardzo widoczną. Ale cóż z tego? Piękność nie jest wcale pani zasługą, jak nie byłoby winą pani, gdybyś była brzydką!