Helenka zawrzała gniewem. Więc on był tu znowu, ten człowiek, którego znosić nie mogła, i zatruł jej pierwszą chwilę, w której zapomniała o swojej niedoli i swoim więzieniu! Był tu znowu i podpatrywał ją w chwili, gdy się zachwycała sama sobą — a ona o jego obecności nie wiedziała! To było oburzające. Odwróciła się i, zmierzywszy go od stóp do głów, rzekła gniewnie:
— Podsłuchiwanie i szpiegowanie wszelkiego rodzaju nie bardzo się zgadza z honorem mężczyzny. Po raz to drugi już podpatrujesz mnie pan bez mojej wiedzy. Oświadczam panu, że nie życzę sobie bynajmniej służyć za przedmiot pańskich studiów, i proszę, abyś mnie raczył uwolnić od tego zaszczytu.
Nigdy jeszcze z delikatnych ust panny Oreckiej nie wyszły słowa równie gwałtowne jak te, nigdy jeszcze słodki, srebrzysty jej głos nie miał takich tonów syczących. Usłyszawszy je, sama im się zdziwiła — ale nie mogła pohamować swego uniesienia. Drżała.
Andrzej podniósł się z krzesła, w którym siedział zagłębiony.
— Jesteś pani bardzo porywczą i bardzo niesprawiedliwą — rzekł ze spokojem, który ją zdziwił. — Nie godzi się wymawiać lekkomyślnie słowa honoru ani czynić ubliżających zarzutów bez przekonania się o ich zasadności. Osoba pani nie obchodzi mnie do tego stopnia, żeby aż wzbudzała moją ciekawość. Tak dziś, jak i poprzednio przypadkiem się tu znajdowałem, gdyś pani weszła, i skoro pani mimowolnie głośno przed lustrem wyraziłaś myśl swoją i ja też wyraziłem głośno swoją, choć nie całkowicie...
— Był więc dalszy ciąg?
— Tak, pani, był.
— Czy można wiedzieć jaki?
— Lepiej, żeby pozostał przy mnie, bo pani nie lubisz słuchać prawdy i bierzesz ją zawsze za obrazę.
Helenka patrzyła na niego, gniotąc w ręku swój wachlarz. Zdumiewało ją i oburzało zuchwalstwo tego człowieka, mówiącego jej w oczy, że ona go nic nie obchodzi — jednak... ciekawość kobieca przemogła.