— Mów pan — rzekła z błyszczącymi oczyma.

— Proszę zatem pamiętać, że spełniam tylko pani życzenie: patrząc na panią, zadawałem sobie pytanie, czy forma tak doskonała zawiera treść równie szlachetną, jak jest sama, czy też istnieje między nimi sprzeczność.

— Wątpliwość bardzo dla mnie pochlebna. Cóż dalej?

— Dalej dziwiłem się lekkomyślności, z jaką pani marnotrawisz swoją pracę. Ile to tygodni, ile miesięcy trzeba, żeby szczupła płaca, pobierana przez panią, pokryła koszt tak świetnego stroju! Myśląc o tym, nie widziałem już doskonałości form, tylko treść wypełniającą je.

— I przyszedłeś pan do przekonania, że między treścią a formą jest wielki przedział?

— Niestety, tak.

— Że jest licha, nędzna, że jej nie ma wcale? — pytała coraz gwałtowniej. — Mówże pan!

— Dziwiłem się, że w duszy uposażonej w skarby serca i umysłu, w duszy pełnej pięknych zamiarów i szlachetnych uniesień jest taki brak siły charakteru.

Cały rząd guziczków z masy perłowej, na które lewa rękawiczka była zapięta, prysnął w tej chwili i posypał się jak grad na podłogę.

— Potrzebowałabym tylko dwa słowa wyrzec dla przekonania pana, że jesteś w błędzie, ale nie uczynię tego! Pozostań pan w mniemaniu, że jestem nierozsądną marnotrawnicą i bez charakteru.