Właściwie teraz, to baliki urządzała już tylko Ania, ale zawsze się jakoś wszyscy o tym zwiedzieli i ściągali, nastrojeni pogardliwie i krytycznie.
Zresztą od czasu wojny, a już szczególniej rewolucji prawie nie urządzało się żadnych uroczystości nawet dla Ani, toteż naprawdę nie wiadomo, jak to się stało, że tego właśnie dnia Ania wydawała balik.
Pożal się Boże, co to był za balik! Jakaś raczej nędzna jego imitacja!
Ani migdałów, ani rodzynków, ani fig, w ogóle nic takiego! Trochę czekolady (kuchennej), śliwki na rożenkach, konfitury, cukier w kostkach do robienia karmelu i bodajże już nic więcej.
Ania z panną Marią nakryły stolik serwetką i poustawiały to wszystko na talerzykach. Przygotowały tartkę, rondelki i miały się zabrać do roboty, kiedy Ania poczuła nagle, że już jest za duża na tego rodzaju rozrywki.
— Wie pani co, panno Mario? — powiedziała. — Nie będę robić kotletów z czekolady ani kartofli z migdałów. Tak sobie to wszystko zjem i już.
Panna Maria się zgorszyła.
— To cóż to za balik w takim razie? — zapytała.
— Żaden — odpowiedziała Ania — ale ja już mam dziewięć lat i zresztą jest wojna.
Do pokoju weszli Tom i Marta, którzy wałęsali się po domu bez celu i patrzeli w coraz to inne okno zalane deszczem.