Tom powiedział, że wprawdzie na świecie jeszcze jest wojna, ale tu, u nich, już nie. Nie ma nawet już i rewolucji — przyszli Niemcy i ukrócili wszystko. Skończyły się czasy niepokoju, pogromów i wszelkich bolszewickich strachów.
— I naprawdę to cud Boży, że Niżpol ocalał — powtórzyła po raz setny Marta.
Zawsze to powtarzała, ile razy się mówiło o burzy, która szalała na Rusi, zanim weszli Niemcy, i za każdym razem serce jej zalewała wdzięczność. Bo jakże! Wszystkie prawie dwory naokoło spłonęły do fundamentów albo leżały w gruzach, powalone rękami chłopów i powracających z frontu rozbestwionych wojsk, a jeden Niżpol stał cały, nienaruszony, taki sam jak dawniej, kiedy nad ziemią święcił się pokój.
— To wszystko dlatego, że nie uciekliśmy i że rodzice są dobrzy i sprawiedliwi — oznajmił, również po raz setny, Tom, ten pewnik ogólnie w Niżpolu uznany.
Ania miała w tej kwestii swoje zastrzeżenia, powiedziała, wydymając dolną wargę:
— Ale jak mogli, to ziemię nam zabrali, a oddali dopiero teraz, gdy musieli.
— Bo głupi tylko nie bierze, jak mu dają — powiedział Tom. — Raz rząd bolszewicki wydał prawo, że ziemia cała dla chłopów, to dlaczegóż nie mieli wziąć? Ty byś nie wzięła sklepu z zabawkami Grünbauma, gdyby ci powiedzieli, że masz prawo?
— Nie wzięłabym — stwierdziła Ania z pogardliwym wstrętem.
— Tak ci się zdaje — rzekł ponuro Tom — a ja bym wziął, bo co prawda bardzo by mi się przydał rower.
I z westchnieniem wyciągnął zza szafy stary, trzykołowy welocyped, który miał tę właściwość, że jechał tylko na prawo, skutkiem czego każda przedsiębrana na nim podróż ograniczała się do ruchu dośrodkowego na przestrzeni metra.