— Aniu, jesteś niechluj! — powiedział Tom i zamknąwszy z pogardą szafkę, podszedł do okna.

Już deszcz nie padał, choć niebo było jednostajnie szare.

— Możemy wyjść — skonstatował z ulgą. — Nie pada.

Wyszli zatem wszyscy, bo już naprawdę nie można było usiedzieć w domu. Nogi wprawdzie grzęzły w błocie, ale lepsze to niż rozpłaszczanie nosów o szyby.

Na podwórzu rzuciły się na nich stęsknione psy i skakały wokoło, raz po raz łapami rzucając się na piersi i starając się językiem dosięgnąć policzków.

Właściwie na takie uszczęśliwione psy nie ma rady, trzeba znosić te karesy, jeśli się nie chce stracić ich zaufania i przyjaźni.

Przed domem spotkali rodziców.

— Chodźcie, dziewczynki — powiedziała matka — pójdziemy odwiedzić naszych chorych na wsi.

Marta wzięła z rąk matki koszyk, Ania uczepiła się jej ręki i poszli w kierunku bramy.

Ojciec z chłopcami wyszli również za bramę i posuwali się wolno naprzód drogą koło chmielu, z daleka patrząc na brnące po błocie matkę i dziewczynki.