— Mamo — powiedziała zdławionym głosem i oczami wskazała ich matce.

Pani Charlęska zawahała się jedną sekundę — zaraz jednak powiedziała szorstko:

— Jak chcecie jeść, to macie, zimno na dworze.

Przywódca spojrzał na nią nienawistnie, ale już zza jego pleców wysunęła się szeroka twarz jednego z żołnierzy, który rzekł dobrodusznie:

— Jak jeść, to jeść — i wziąwszy garnek w zgrabiałe, czarne ręce, zasiadł z nim na ziemi.

Jedli wszyscy czterej z jednego garnka, łakomie, jeden przez drugiego.

Gdy skończyli, zażądali jeszcze. Matka wyjęła woreczek z kaszą i powiedziała.

— To wszystko, co mamy do jedzenia. Jak zabierzecie, to dzieci będą głodne.

— Na ranek będziecie w Polszy to i naźrecie się do syta — powiedział z grubym śmiechem jeden z żołnierzy.

— Durak! — wrzasnął mu nad głową ten, który zdawał się przewodzić. — To ty myślisz, że w Polszy jest co źreć! Zdychają tam z głodu gorzej od nas.