— To jest nieprawda — powiedział dobitnie Nik, ale natychmiast umilkł, powstrzymany spojrzeniem ojca.
Tymczasem jeden z żołnierzy już nabrał do garnka wody, zasypał kaszą i na ogniu postawił, wszyscy czterej zasiedli koło ogniska, odsuwając dzieci. Pod wpływem ciepła i jadła, przywódca bolszewicki złagodniał, a nawet całkiem zmiękł.
— Ot i jedziecie sobie do „otczyzny” — mówił — pewnie, pewnie! Każdemu miły własny kraj. — Na chwilę widocznie przypomniał sobie zasady komunizmu, bo poprawił się niepewnie. — Kraj rodzony to wszędzie jeden, czy rodzony czy nie — ale już potem znów się roztkliwił, z tą niepojętą łatwością, z jaką Rosjanie przechodzą od nienawiści, graniczącej z mordem, do miłości najszczytniejszej, a całkowicie biernej.
I mówił już dalej, mówił bez przerwy, pięknie i potoczyście, łzawo, a przekonywająco.
Przez ten czas matka z panną Marią i Martą nieznacznie pakowały wyjęte na popas rzeczy i przygotowywały się do drogi.
Do Ani, siedzącej na uboczu, podszedł jeden z żołnierzy i patrzał z góry na jej jasną, kędzierzawą główkę i bladą twarzyczkę. Tom niby od niechcenia podszedł do siostry i stanął tuż za nią.
— A tobie jak na imię? — zapytał żołnierz.
— Ania — odpowiedziała zmęczonym głosem.
— A tobie już będzie osiem lat? — zagadnął znowu.
— Dziewięć i sześć miesięcy.