— Będzie, ale wam — krzyknął żołnierz i sięgnął do karabina.
Nie zdołał go jednak uchwycić. — Gabro błyskawicznym ruchem dopadł go z tyłu i wydarł broń. W tej samej chwili ojciec, Wincenty, Olek i Nik rozbrajali pozostałych towarzyszy, trzymając ich pod lufami rewolwerów.
Wszystko to stało się błyskawicznie, cicho i sprawnie! Nie padł ani jeden strzał.
Żołnierze nawet nie próbowali się bronić, sterroryzowani tą niespodziewaną ilością groźnych, śmiercionośnych narzędzi.
Po prostu ogłupieli. Wszystkiego się spodziewali, tylko nie zbrojnego oporu, tylko nie protestu w tym kraju, gdzie wszystko gięło się pod ich władzą, drżało przed ich słowem i pięścią.
Stali teraz, rozbrojeni zupełnie, otoczeni lufami nabitych, wycelowanych rewolwerów.
— Kłaść się twarzą do ziemi — rozkazał ojciec. Zawahali się. — Natychmiast, bo strzelamy — przynaglił.
Położyli się. Wówczas skrępowano im ręce i nogi, usta zatkano szmatami, siedzących przywiązano do drzew.
— A teraz na wozy i co tchu — rozkazał ojciec.
Pędzono, ile mocy w biednych, wyczerpanych koniach.