— Tylki dwadżeszcza wiorsty do granicy, tylki dwadżeszcza — zachęcająco przynaglał Aron i wraz z resztą mężczyzn coraz to zeskakiwał z wozu, i biegł za nim, by koniom ulżyć ciężaru.
Byle prędzej, byle prędzej.
— Papo, a temu żołnierzowi co nas ostrzegł, tośmy nawet nie podziękowali — powiedział Tom, gdy ujechano już kawał drogi i minęło pierwsze wrażenie.
— Gdybyśmy podziękowali, to za kilka godzin, gdy znajdą ich inni i oswobodzą, rozstrzelaliby go towarzysze bez litości.
— Po co ich wielmożny pan nie pozabijoł aj waj, po co? — zajęczał nagle Aron, dźwigając się z lepkiego błota.
Pan Charlęski popatrzał na niego i uśmiechnął się z politowaniem.
*
Świtało.
Wznosił się blady i zimny, czysty świt marcowy. Silny przymrozek trzymał ziemię, że skrzypiała twardo pod kołami wozów.
Pola, ogromne i faliste, pola ziemi czarnej i bujnych ozimin, szarobrunatnych ugorów — słały się jak okiem sięgnąć. A nad nimi niebo czyste, blade i nieruchome.