Nik i Tom ruszyli na poszukiwanie wody. Zdawało im się, że po drugiej stronie szosy widzą coś w rodzaju strumienia.

Rzeczywiście był to strumień. Nabrali pełne wiadra i przysiedli na moment u rzeczki.

— Ona jest zupełnie taka sama, ta ziemia — powiedział nagle Tom, biorąc do ręki wilgotną, czarną grudę.

— Ja kto jest taka sama! — oburzył się Nik — przecież jest polska!

— Tak — zgodził się spokojnie Tom — a mimo to jest taka sama. Czarna i pachnąca.

I wrócili do ogniska, gdzie zgromadzili się wszyscy, grzejąc się i prostując obolałe, do cna zmitrężone członki.

Z dala od wszystkich, na wale szosy, z nogami spuszczonymi do rowu Nik spostrzegł siedzącego Olka.

Coś go zastanowiło w bezwładnej postaci tak szczęśliwego przed chwilą brata.

Podszedł do niego i wówczas zobaczył, że Olek z głową wzniesioną i szeroko otwartymi oczami — płakał.

Ogromne łzy jak grochy staczały mu się po policzkach, a z głębi piersi, gdzieś aż z wnętrzności wyrywał się szloch, którego nie chciały przepuścić zacięte wrogo usta.