— Tak — pokiwał Tom głową ze zrozumieniem — prawda, że wujaszek zawsze inaczej robi, jak10 inni ludzie. Więc dlatego...

Marta wstała z kolan, zamknęła swój kuferek i powiedziała z uczuciem:

— Ja nawet tak strasznie lubię dojeżdżać, a szczególniej do domu, że płakać mi się chce na myśl, że pewnie dopiero jutro będziemy w Niżpolu. Bo nim dojedzie posłaniec, dotychczas zdaje się niewysłany, nim papcio przyśle konie, to już będzie wieczór, a mama mówiła, że nie pojedzie z nami wieczorem, bo teraz pełno poborowych na drogach.

— Wiesz co? — powiedział wuj Miś. — Weźmiemy konie wuja Ryszarda i pojedziemy.

— Ba! — wykrzyknęła olśniona propozycją Marta — ale przecież nie zmieścimy się wszyscy w powozie, a w dodatku wuj Ryś może przyjechał bryczką... nie wiesz, Tom?

— Powozem, ale któż to wie, może sam wraca dziś do Hołowina i nie zechce nam dać koni.

— To się go nie będziemy pytać — zdecydował wuj Dymitr... i poszedł pertraktować ze starszymi.

Wyniki tych pertraktacji okazały się pomyślne i zaraz po zjedzeniu śniadania pani Charlęska z Martą, Anią, Tomem i panną Marią pojechała do Niżpola, zostawiając starszych chłopców pod opieką wujów do chwili przysłania po nich koni.

Rozdział VI. Powitanie domu

W samo południe wjeżdżała pani Charlęska z dziećmi do Niżpola. Kiedy powóz wtoczył się między białe niżpolskie chaty, Marta stanęła na ławeczce, twarzą do koni i patrzała w daleką perspektywę wiejskiej drogi, na końcu której, w miejscu, gdzie gościniec zawracał na lewo, widniała szeroka, żelazna brama, wsparta na dwu labradorowych11 kolumnach.