— Dzień dobry pani Czarnieckiej — powiedziała matka do klucznicy — czy wszystko dobrze?
— Wszystko w porządku — odpowiedziała ochmistrzyni, ujmując podaną sobie rękę w sposób wytworny i delikatny. — Jak gdyby pani wczoraj wyjechała.
— A mnie to już biorą do wojska — oznajmił Sławian i w tej chwili wydał się Marcie nadzwyczaj interesującym.
W domu, we środku było chłodno i ciemnawo. Rolety zapuszczone, a meble osłonięte pokrowcami. Matka zaraz kazała pootwierać okna od północnej strony. Mówiła, że nie ma powietrza.
— Czemuż się to tak szczelnie zamykacie? — zapytała Łukasza. — Rolety niech będą opuszczone tylko po słonecznej stronie, a od północy proszę pootwierać. I pokrowce! Proszę zaraz zdjąć pokrowce.
— Żeby my się jaśnie pani spodziewali, to byłoby wszystko jak należy. A tak, to ja spytałem pana: „Może by tak pozamykać pokoje, bo na co się mają niszczyć od słońca i much?”. A pan powiedział: „Dobrze, zamknij, Łukaszu i nałóż pokrowce. I owszem, niech się nie niszczy, póki pani nie ma”. A pan mieszkał w gabinecie, to tu nawet i nikt nie chodził.
Ale Marta już dawno nie słuchała tej rozmowy. Biegła z pokoju do pokoju, pełna radości i wesela.
Otóż nareszcie i jej pokoik. Własny. Niebieskie łóżko nakryte kapą — puste. Wszystko znajome, a jak gdyby obce. Grzecznie, równiutko ustawione, porządne, uprzejme i chłodne. Lampka przed obrazem niezapalona, obraz ogołocony z kwiatów i pnączy, klęcznik jakiś ceremonialny, a biureczko niby śpiące czy umarłe?
Marta wyjęła z szuflady teczkę, kałamarz, i próbowała przestawić parę krzeseł. Wszystko na próżno!
Tom wsunął głowę przez drzwi i powiedział, ale nie do Marty, tylko tak, w powietrze.